Zupełnie nie o dzieciach

Markety to zło. Wiadomo. Łupią polskich producentów oferując niskie kwoty za towary. Zatrudniają ludzi na śmieciówki i każą im siedzieć w kasie po 12h z pieluchą na tyłku. Nie płacą podatków w Polsce. Oszukują zapachami świeżego chleba, aromatycznych owoców, które są woskowane, żeby ładnie wyglądały pod lampami sprawiającymi, że kolory są pełniejsze. Manipulują nami na każdym kroku, bo towary droższe są na wysokości naszych oczu. Samo zło. Powinniśmy wszyscy omijać z daleka.

Mam koleżankę, która na prowincji prowadziła sklep spożywczy. Szło jej dobrze, dopóki nieopodal nie powstała Biedronka, a kawałek dalej Tesco. Obecnie jest bezrobotna.

Markety to zło.

A ja jednak wolę wsiąść do auta i przejechać się 3 km do pobliskich marketów, niż zatrzymać się po drodze do szkoły córek pod którymś z wiejskich sklepików.

Dlaczego? Bo już na progu wita mnie nie przyjemny, chociaż sztuczny zapach chleba, ale zapach starego selera. Oraz rój much i os, bo zaraz przy wejściu jest lada z nieświeżym mięsem i drożdżówkami. Osy na drożdżówkach, muchy na mięsie. Bo ściany są w kolorze khaki. Kiedyś zapewne były limonkowe. Jakieś 10 lat temu. Teraz jest na nich kurz i pajęczyny. Podłoga jest kafelkowana. Z czarnymi fugami. Pracowałam w sklepie i jeździłam maszyną do szorowania podłogi. Gdy nam się popsuła, to chociaż buczała i była ciężka jak jasna cholera, roniłyśmy łzy. Bo mopem nie da się domyć cholernej, jasnej podłogi. Trzeba to robić codziennie maszyną. Jak w każdym markecie. Chociaż w tych sklepach, co mam po drodze do szkoły córek, raczej nikt nawet mopem ich codziennie nie przejedzie…

Pani sprzedawczyni jest miła. Tapir na głowie i fartuszek z bazarku. Taki z kieszonką z przodu. Pani ma w tej kieszonce paczkę papierosów i jak nikogo w sklepie nie ma, to zamiast posprzątać albo ubić te muchy i osy, idzie na tyły zapalić fajkę. Jest niezwykle miła i obsługuje poza kolejnością… pana Zenka, stałego klienta, miłośnika win w eko opakowaniach (wiadomo- karton się szybko rozkłada). Jeśli więc ja chcę zapłacić za bułkę, to najpierw i tak pani skasuje pana Zenka z panem Stasiem, bo wiadomo – człowiek nie wielbłąd, pić musi.

Oczywiście nie dostanę w wiejskim sklepie avocado (jadam..), pesto zielonego (córki uwielbiają z makaronem), mleka bez laktozy (CP nie pije zwykłego).

Ale na przykład pory są. Bo się dzisiaj po przyjściu do szkoły okazało, że nie mam pora dla Córki Drugiej. No to poleciałam do pobliskiego sklepu. Ten ma jasne ściany i podłoga chyba jest myta co sobotę. Nie jechało selerem. W sumie pachniało nijak. Na półce 5 porów. Co jeden to gorszy. Spośród spleśniałych wyciągnęłam wysuszonego. Wolę jednak warzywa suszone. Kupiłam też jedną bułkę z ziarenkami. Akurat wiem z jakiej piekarni, bardzo je lubię. Za 1 bułkę i 1 suszonego pora zapłaciłam 3 zł.

Dlatego właśnie codzienne zakupy robię w marketach. Przykro mi.

46 odpowiedzi na “Zupełnie nie o dzieciach”

  1. U mnie na osiedlu też jest mały sklepik, a kilometr od osiedla market pewnej sieci i biedronka. W sklepie na osiedlu kajzerka kosztuje 70 groszy,a jajko kindera prawie 4zl. To tak tylko dla porównania.co ciekawe zanim otworzyli te większe sklepy ceny były identyczne. Taka chyba specyfika małych sklepów

  2. Albo Pani stoi z papierosem w drzwiach. Potem tymi rękoma po papierosie podaje chleb/bułkę….. whatever….

  3. Matka Sanepid pisze:

    Czy do tych małych sklepów nomen omen SANEPID nie zagląda?

  4. Matka Sanepid pisze:

    Tylko dodam, że do Żabek wchodzę. Są małe, nie są najtańsze, ale zarówno jakość obsługi, jak i wygląd sklepu są na poziomie. Dlaczego wiejski sklep nie może być taki?

  5. Ja tez niestety wybieram zamupy w markecie, brzydze sie jak widze ze ta sama reka podaje chleb, wedline i bierze pieniądze…..jak zwróciłam uwage to zdziwiona i oburzona

  6. Emilia Kaw pisze:

    Żabki dla mnie przeciętne. Niestety trafiłaś w sedno. Przede wszystkim niestety cena…. Nie obwiniam w 100% właścicieli bo wiadomo ze oni jednak te podatki płacą, Ale warzywa, mięso, produkty lokalne? Tu jest gigantyczny potencjał wyższej jakości niż w marketach, którego nie wykorzystują bo wolą sprzedawać kinderki po 4 zeta

  7. Ela pisze:

    Marekety to samo zło,lupia kase za marna jakość. Po 30 latch mieszkanie w duzym mieście i robienie zakupów tylko w markietach (bo tam wiem co gdzie jest i za ile) przenioslam sie do małego 15tyś miasteczka. I…..zakupy w malych sklepichach sa rewelacyjne,produkt regionalny….chleb żytni kupowany w szlafroku o 7 rano prosto z piekarni,jeszcze chrupiacy. Na przeciwko miesny,duzy wybór,swieze mięso i wędliny,dostawa 2xdziennie + garmazerka. Zieleniak obok tez spoko,czasrm sie zdazy ususzony por ale wysylam tam dzieci to dostaja lepszy towar 🙂 w sklepach kolejki sa czasem nawet z 10 min trzeba postac,zaoszczedzony czas…..w marketach zawsze jest co obejrzec i dotknąć no i kupić. W malych sklepikach kupujesz to po co przyszlas. Pochwala dla regionalnego produktu i malych sklepików. Szkoda to tracic dla marketów

    • Judyta pisze:

      Dla mnie to, o czym piszesz to taki trochę mit. Nie spotykam zadbanych lokalnych sklepików, w których są produkty regionalne. Raczej ta sama masówka, co w większych sklepach, bo taki sklepik walcząc o utrzymanie się na rynku próbuje konkurować ceną, a i tak ceny wyższe niż w marketach, bo taki sklepik musi się zaopatrywać w lokalnej hurtowni, a nie jak markety bezpośrednio u producenta. A wybór i tak mniejszy niz w markecie. Dobrego chleba nie robi u nas żadna lokalna piekarnia – bo za drogo, ludzie chcą kupować tanio. Mniejszy sklepikarz też ma większą pokusę, żeby chcieć wypchnąć klientowi nieświeży towar, bo dla niego kazda złotówka się liczy, sieć nie zaryzykuje dla kilku złotych zysku.

    • mawa73 pisze:

      Gdzie ten raj? Bywam w różnych wsiach (wakacyjnie) i na ogół trzeba szukać jakiejś biedry, bo kupienie czegokolwiek świeżego (jajka, zielenina) graniczy z cudem. A osiedlowy sklepik u mnie pod domem w dużym mieście – wypisz wymaluj jak wyżej.

  8. Mam bazarek osiedlowy i konkurencja nie pozwala na syf i marne produkty. W pobliskich dwóch biedrach mnie nie widują, nawet do lidla zachodzę raz na wiele tygodni.
    Mam tam wszystko łącznie z orzechami pini, gęsim smalcem i pierdylionem innych rzeczy. Idąc ze szkoły wychodzę ze wszystkim co mi potrzebne.

  9. Wiejskie sklepy mają tę zaletę, że są JEDYNE i zero konkurencji dookoła tylko dlatego jeszcze działają.

  10. Masz matko pecha. Mieszkam w miejscowości dotykającej do Warszawy i wszystkie małe sklepiki koło mnie są cudne. Czyściutkie z fajnym pieczywkiem pachnace. Ceny wyźsze ale to wiadomo dla czego. Do marketów nie chodzę. A małe sklepy upadają bo dla ludzi cena jest na pierwszym miejscu. Ja np warzywa i owoce kupuję na pobliskim targu od rolników. Wg kupując w polskich sklepach wspieramy nasz mały często rodzinny biznes.

  11. Ania Pluta pisze:

    I Panie ktore zamiast w rekawiczkach podaja mieso golymi rękami a nastepnie wydają pieniadzę grzebią sobie we włosach itp i itd.. bleee.. zbiera mnie wymioty.. dlatego wole market 🙂

    • Ania Pluta pisze:

      Nie mowie tu o kielbasie chodzi mi o surowe mieso, pracuje na dziale miesnym w jednym z marketow wiec akurat wiem co zabieram do domu 🙂

    • Ania Pluta pisze:

      Magda Diak mozesz mi wierzyc lub nie ale w tym markecie w ktorym ja pracuje nie ma takiego czegos jak odswiezanie miesa, ale kiedys widzialam w malyn sklepiku jak Pani na zapleczu szorowala kurczaki :-/ a co do kielbas czy wedlin to czasem te najdrozsze najbardziej reklamowane w TV nie maja nawet 50% miesa zawartosci w sobie 😛

    • Matka Sanepid pisze:

      Najlepsze mięso i wędliny są w Dominiku! O!

  12. zante pisze:

    W mojej ocenie i MS i Ela (wyżej, w komentarzach) macie rację. Mimo konieczności zawiązywania już nawet nie końca z końcem, tylko wiązania tych sznurków w połowie, pieczywo i wędliny kupuję w małych sklepach. Marketowa wędlina, paczkowana, choćby na początku terminu przydatności, paskudnie pachnie zaraz po otwarciu.Pachnie czymś tam, tylko nie wędliną. No i, wbrew pozorom i sugestii reklam, ta paczkowana wcale nie jest tańsza niż ta z małego sklepu mięsnego. Chleb z marketu następnego dnia rzadko kiedy nadaje się do jedzenia. Reszta artykułów spożywczych, które kupuję (ograniczając się do podstawowych) w markecie jest naprawdę tańsza i nie widzę różnicy w jakości, w stosunku do tych z małego sklepu. Oczywiście te małe sklepy wybieram, bo wiele z nich, wygląda dokładnie tak jak MS opisuje.
    Mieszkam w małym mieście. Może sklepy takie z panią Krysią za ladą i zapaszkiem podgniłych warzyw w dużych miastach się nie zdarzają. Może też być tak, że tam, gdzie wielka konkurencja w małych sklepach ceny nie są aż tak wygórowane. W małych miejscowościach różnice są spore (bywa 100% wyższe).

    • Matka Sanepid pisze:

      Tak, pieczywo (jeśli akurat tego dnia nie wypiekam sama) często kupuję w piekarni (jest po drodze do marketu). Wędliny też wolę z delikatesów mięsnych, ale konkretnych… akurat tych, których nie mam po drodze, albo nawet w pobliżu 🙁

  13. Kiedyś mąż chodził do sklepiku na rogu, na przeciwko Biedronki, bo czynny od 6.00, świeże pieczywo i szeroki asortyment. Ale… personelu tyle, że z nudów umiera i jest oburzony, że klient śmie im plotki przerywać. Prośbę o odłożenie czegoś co dowiozą po południu skrzętnie zapomina. A soki domowe (te same) znaleźliśmy w internecie ponad 50% taniej. Teraz chodzę do Biedronki po sztuczne pieczywo 😉 Aaa ja jeszcze uwielbiam ten zwyczaj palenia fajek i zostawiania petów w słoiku z wodą co przy wejściu stoi. Coby nie śmierdziało – na rękę klientowi idą.

  14. Aga pisze:

    Dokładnie ,ceny wysokie,a po południu pełno miłośników alkoholi wysokoprocentowych,opary tytoniowe i oczywiście głupie zaczepki

  15. Ja nie lubię sklepów w mojej wsi, bo zawsze pod nimi stoją i piją piwo, ba, nawet w sklepie. Nienawidzę tego :/

  16. Matka-Polka pisze:

    wszystko zależy od sklepiku i właściciela….ja należę do tych co w marketach nie kupują (o ile nie są zmuszeni) : warzyw i owoców, mięsa i wędliny oraz pieczywa. Osiedlowy sklepik, w którym właściciel skradł sobie serca córek (cukierkami 😉 ) jest czysty, przyjemny, bez much i zawiera te produkty (zwłaszcza nabiał), którego w biedrze nie ma. A biedra stoi tuż obok.
    Ja mam to szczęście, że osiedle ma i biedre i mięsny i piekarnię i warzywniak i dwa małe osiedlowe sklepiki, hurtownie chemiczną, dwa kioski…wiec jest do wyboru i do koloru.

  17. Hania pisze:

    U mnie są bardzo fajne sklepiki, jest warzywniak ze świeżymi warzywami z okolicy mojego miasta, drogo ale DOBRE i POLSKIE. Piekarnia, mięsny… szkoda tylko, że po pracy muszę krążyć od jednego do drugiego co zabiera mi minimum 40 minut…plus parkowanie na zatłoczonym osiedlu

  18. U mnie w niedużym mieście jest ok, mięso, ryby, warzywa kupuję poza marketami, jakieś bardziej wyszukane produkty, piwo. U nas jest często tak, że w małym sklepie Ci pani syfu nie wciśnie, bo klient nie wróci. Często zdarza mi się, że proszę o coś, a sprzedawca kiwa głową na boki.. i wtedy szybko zmieniam zdanie i kupuję co innego 😉

  19. betakobieta pisze:

    Czy markety to takie zło? Hm…
    Mieszkam w dużym mieście – pod oknem mam dwa lokalne sklepiki, piekarnie, a w promieniu 20 minut spaceru targowisko, dyskonty wszystkich popularnych sieci i hipermarket.
    Z pobliskiej piekarni nie korzystam bo ani dobra ani czysta – co to za piekarnia, która pieczywem nie pachnie. Po bułki to ja jednak maszeruję dalej do któregoś punktu innej piekarni.
    Jeden ze sklepików od samego początku odrzucał – ciemno, duszno, podejrzenie. Drugi porzuciłam po zmianie ekspedientek – zrobiło się brudno i tyle.
    Targowisko – wydaje się, że super. Niestety poza jednym fajnym stoiskiem z doskonałymi jajami i wybranymi warzywami, któremu jestem całkowicie wierna, budką z mięsem i wędlinami, gdzie jest może drogo ale świeżo i duży wybór (o kolejkach nie wspominając) oraz starszą babinką z koperkiem i natką resztę trzeba omijać szerokim łukiem. Oszukiwanie na wadze i w liczeniu na porządku dziennym. O wyborze warzyw można zapomnieć. Gdzie te uroki targu?
    Więc zostają dyskonty (tez mam ulubione) i hipermarket gdzie kupię wszystko (no poza wymienionymi jajami i pieczywem) – warzywa sobie wybiorę, etykiety spokojnie przeczytam, daty ważności sprawdzę bez krzywego spojrzenia zza lady. Mięso czy ryby biorę wtedy tylko z promocji, gdy tanie mają wzięcie, szybko znika i się nie zdąży przeleżeć. I jeszcze kilka takich knifów. Nie bez znaczenia jest też to, że zakupy zrobię w parę minut zamiast pół dnia gonić od sklepu do sklepu…

  20. Ela pisze:

    Ceny w malych sklepikach nie sa konkurencyjne (w tych co ja kupuje). Mieso i wedliny Kosztuja tyle co w almie. Pieczywo tez do tanich nie nalezy chleb żytni 3.10zl (kazdy chleb tyle tam kosztuje- z jest do 10 rodzajow)kajzerka najtancza to 0.50zl. Ale jakosc mega. Jajla z wolnego wybiegu w warzywniaku 7.90zl za 10 szt. Miod to ok 24zl za litr. Teraz jablka to 4.90zl,pomidory malinowe 5.90zl.
    Jak widać tanio nie jest,ale przez to kupuje mbiej i tylko to co potrzebne. Tak w markecie wrzucalam do koszyka bo sie przyda bo sie zje

  21. Ewa pisze:

    Też uważam, że wszystko zależy od właściciela i sprzedawców – jeśli właściciel jest w porządku, to wymaga czystości od sprzedawczyń. W warzywniaku na moim osiedlu jak zdarzy się, że chcę kupić, np. rzodkiewkę, a została tylko przebrana, zwiędnięta, to pani sprzedaje ją za połowę ceny. Ceny nabiału nie różnią się od tych w markecie.

    Wędlin raczej nie kupuję, a jeśli już, to w mięsnym, gdzie mięso też jest lepszej jakości, niż te w marketach i dyskontach (przynajmniej tych w mojej okolicy), a na dodatek mają pyszny litewski kwas chlebowy oraz przetwory bez sztucznych dodatków.

    W marketach za to kupuję wszelkie produkty suche/sypkie – makarony, kasze, płatki, mąkę, cukier trzcinowy, ale też takie rarytasy, jak oliwa, oliwki, kapary czy awokado. W osiedlowych sklepikach raczej tego nie ma, choć zdarzają się pozytywne niespodzianki.

    Giełda rolno-towarowa w moim mieście ma za to pozytywną opinię, jest tam sporo taniej, niż w sklepach, można też kupić produkty regionalne (ser koryciński trzy razy taniej niż w delikatesach). No ale trzeba jechać na zakupy z samego rana, żeby udało się nabyć coś dobrej jakości, potem zostają poobijane gnijące pomidory, wielu sprzedawców po południu już po prostu nie ma, bo sprzedali towar wcześniej.

    A pieczywo kupuję w sklepiku firmowym piekarni oddalonej o kilkadziesiąt kilometrów od mojego miasta, bo wg mnie jest najlepsze.

    Podsumowując – do wszystkiego trzeba podchodzić z rozsądkiem i po prostu uważnie robić zakupy, żeby nie dać się na coś nabrać.

    Pozdrawiam,
    Ewa

  22. Aga Nobell pisze:

    Na wakacjach w 2 wiejskich sklepikach na próżno szukałam jabłek z pobliskiego sadu czy warzyw od chłopa. Ten sam syf, ta sama chemia co w biedrze:(

  23. Monika pisze:

    Ja mieszkam w Holandii, tuż przy granicy z Belgią. Holenderskie/ belgijskie produkty w marketach, zwłaszcza wędliny i pieczywo są obrzydliwe. Prawie nie ma osiedlowych sklepików, wyjątek chińskie i tureckie/ marokańskie i inne arabskie
    Na szczęście w moim mieście są 2 polskie sklepy/ markety.
    1) prowadzony przez Polaka- wysokie ceny, przeterminowane produkty w lodówkach, oślizgłe wędliny, kasjerki co chwila na papierosku przed sklepem
    2) właściciele to dwaj Irakijczycy ( muzułmanie), ogromny wybór wędlin i sporo mięs, ze świnki tez:) Wszystko świeże i pachnące, dostawa co tydzień, czysto,jasno. Podłoga i kafelki aż lśnią. Na półkach najlepsze polskie marki. Tu robię prawie wszystkie zakupy. Warzywa i owoce kupuję w marokańskim sklepiku na mojej ulicy, mięso u Irakijczyków -w polskim sklepie lub u rzeznika na drugim końcu miasta. Pieczywo raz w tygodniu ( mrożę) we francuskiej piekarni w sąsiadującym belgijskim miasteczku 🙂
    Jak ja bym chciała mieć tutaj Biedronkę 🙂
    Zauważyłam też pewną dziwną prawidłowość. Sklepy z polskimi produktami prowadzone przez Polaków mają dużo niższy standard niż te same sklepy, których właściciele są muzułmanami.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *