Czy w Elblągu niczego ciekawego nie ma?

Od dłuższego czasu chciałam sprawdzić, czy faktycznie w Elblągu nic nie ma. Podobno w Bydgoszczy nic nie było, a ja wróciłam zauroczona, ponoć zamek w Malborku jest przereklamowany, a bawiłam się z dziećmi znakomicie. Dlatego wolę sama pojechać, zobaczyć, najwyżej pozytywnie się rozczarować. No i nosi mnie, duszę się w domu, mam ogromną potrzebę wychodzenia. Stąd też moja ostatnia wycieczka do Łodzi i w okolice, o której pisałam tutaj.

I dzisiaj już wiem, że w Elblągu coś jednak jest. Starówka trochę za bardzo odmłodzona. W Gdańsku też jest odbudowana, a jednak jakoś tak z większym smakiem. Gdybym miała mieszkać w centrum Gdańska lub w centrum Elbląga, to oczywiście wybrałabym… Gandawę 😛

Ale jest w Elblągu coś, co sprawia, że zdecydowanie warto jechać 100 km. To Muzeum Archeologiczno-Historyczne.

Wierzcie mi, że nawet do niego bym nie weszła, gdyby nie kilka osób na moim FB, które pisały, że muzeum koniecznie. Pani w kasie zapewniała, że potrzebujemy na nie 1,5h. Taaa, jasne. Muzeum i AŻ 1,5h? No cóż, miała rację. Dlatego próbujcie zaparkować na parkingu bezpłatnym, żeby potem nie bulić w tragicznie obsługiwanym, nieprzyjmującym niektórych monet, nieoddającym reszty parkomacie.

Muzeum w Elblągu jest absolutnie świetne. Owszem, bywają eksponaty chujowe….

A niektórzy muzealnicy wyraźnie się opierdalają…

… ale mogę w tym momencie przyznać, że prawie tak dobre, jak Huis van Alijn w Gandawie, czyli belgijskie (cudne!!!) muzeum etnograficzne. Wiem, bo byłam.

Następnym miejscem na naszej mapie była Krynica Morska. W ogóle do niej nie dojechałyśmy, bo poleciliście nam Kadyny. ”Kurde, co to jest w ogóle?” – pomyślałam, ustawiłam nawigację i bardzo malowniczą drogą (krętą i pagórkowatą, przez lasy) pojechałyśmy do Kadyn. Okazało się, że Kadyny to jedna długa lista budynków wpisanych do rejestru zabytków, to malownicze widoki z wieży widokowej i kościół, do którego trzeba wejść schodami. Dokładnie 410 schodami (liczyłyśmy). Jest też najgrubszy dąb w Polsce…

Warto zobaczyć folwark ze stadniną koni i SPA. Tam parkowałyśmy.

Nikt nas nie wyganiał, chociaż zakładam, że nawet na jeden nocleg w tym miejscu by nas nie było stać. Po obejściu wioski pojechałyśmy na lokalną plażę. Niestety miły pan za parkowanie skasował 10 zł, chociaż mówiłam, że my tylko na chwilę. Ale kible były na miejscu. Czyste. I woda w zalewie ciepła. Z daleka widać było Krynicę Morską. Chociaż nie na zdjęciach.

Nie, nie pojechałyśmy do Krynicy Morskiej, ale pojechałyśmy w stronę Krynicy. Dokładnie do Gospody Mały Holender na obiad.

Okazało się, że jakaś setka innych turystów miała taki sam plan i gdy zobaczyłam sznur aut wzdłuż drogi i nabity po brzegi parking gospody, zwątpiłam. A byłyśmy już koszmarnie głodne i spragnione. I co? I natychmiast znaleziono dla nas stolik, a pierogi z pokrzywą oraz babka ziemniaczana z boczkiem wjechały na stół po kwadransie.

Żarcie tanie nie było, ale zacne. Jeśli więc nie żałujecie kasy na dobry obiad, z wizyty w Małym Holendrze będziecie zadowoleni. Po jedzeniu, jeśli będziecie mieć siłę, można obejść posesję dookoła. Tuż obok jest parafia grekokatolicka, w której urzęduje pogodny ksiądz. Linka wrzucam jako ciekawostkę 🙂

Dziękuję za sugestie podróżnicze. Jak widać, warto z nich korzystać. Od dzisiaj Kadyny polecać będę każdemu. A następnym razem…. może Krynica Morska?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *