Jeździmy na rowerach

Córka Druga w wielkim różowo-fioletowym kasku z foteliku, Córka Pierwsza na laufradzie. Zdziwiło mnie to, że CP sama wyszła z inicjatywą byśmy sobie zrobiły rowerową wycieczkę. Nieufnie spytałam trzy razy: ale tak bez jęków będziesz jechała? Bez „wolniej”, „mnie już nóżki bolą” i „chcę do domu”?

– Tak. Nie będę marudziła – odpowiedziała CP.

I faktycznie nawet jej się udało. Na początek pojechałyśmy żółwim tempem na plac zabaw. Na placu CP usiadła na normalnej huśtawce i huśtała się bez jęków typu: „nie tak mocno”, „nie z wiatrem”, „nie pod wiatr”, „nie przy tym poziomie franka” czy czegoś tam jeszcze. Normalnie się huśtała, jak każde dziecko. Szok.

Potem razem pojechałyśmy do biblioteki. CP pomogła mi odpiąć CD, wkroczyła do biblioteki i od progu krzyknęła, że chce książeczkę o wróżkach. Bibliotekarka wyjęła więc książkę o wróżkach. Uwaga! Różową książkę o wróżkach. Co prawda nie ma w niej nic do czytania tylko są zagadki… ale to może nawet i lepiej.

Potem już CP wspomniała o bólu nóżek, więc ja wspomniałam o kupnie batona. I tu CP się rozmarzyła, bo powiedziała, że ona chce batona truskawkowego, a CD dostanie bananowego. I nie dostały. Bo miałam kartę do bankomatu ważną do końca lipca, a dzisiaj jest sierpień. O suchym pysku wróciłyśmy do domu. Kasę pożyczyłam od CP (zbiera na wózek dla lalek) i poszłyśmy do sklepu. W sklepie cholernym na osiedlu oczywiście nie było batonów truskawkowych i bananowych, więc dostały córki Lubisie.

I tak oto płynnie przeszłam z przejażdżek rowerowych na słodycze. Mówiłam, że jedzenie jest dla nas ważne?


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zaloguj się przez Facebook

Powiadom mnie o odpowiedziach na mój komentarz