Konia kijem albo…

Konia kijem albo…

Ponieważ każdy powinien pić wodę, wrzuciłam sobie wczoraj butelkę mineralnej niegazowanej do torby. O tym, że jej nie zakręciłam przekonałam się dopiero, gdy z torebki leciała strużka. Ucierpiał egzemplarz Polityki oraz kupony do Tesco. I podłoga w klubie sportowym. Jednak nie to jest głównym dowodem na bystrość mojego umysłu.

Otóż boli mnie noga. Od łydki przez udo, cały tył.

– Albo naciągnęłam mięśnie, albo to zakrzep i umrę – napisałam do Marjanny.

– Jesteś taką samą optymistką, jak mój syn. Dziwne, że się nie dogadaliście…. – odpisała Marjanna.

Nie było mi jednak do śmiechu, gdy wieczorem zdjęłam spodnie, spojrzałam na nogę i zauważyłam, że jest…. granatowo-fioletowa. Zakrzep jak nic. Pójdzie mi do płuc i się uduszę jeszcze tej nocy!

Na szczęście przypomniałam sobie, że te cholerne BigStary ciągle farbują…. Granat ze skóry się zmył, noga boli nadal, ale to chyba jednak mięśnie.

Nie wiem za to, co będzie bolało dzisiaj wieczorem mojego sąsiada, bo gdy wróciłam z zakupów zauważyłam, że za płotem stoi przyczepka do przewozu koni, sąsiad stoi na jej progu, a przed koń.

– Próbuję wyszkolić konia, żeby wchodził do przyczepki bez przymusu. Na jabłuszko go szkolę – krzyknął sąsiad.

– A długo pan już tak stoi?

– No… z godzinkę….


20 thoughts on “Konia kijem albo…”