Wirus na życzenie

Wirus na życzenie

Jak zapewne wiecie, moje dzieci do chorowitych nie należą. Owszem, czasami puszczą pawia, smarkną nosem, kaszlną, ale w szkole frekwencja całkiem niezła. Niestety i je dopada od czasu do czasu dziwny wirus, który wywołuje gorączkę. Tylko gorączkę. A z gorączką dzieci zostawiam w domu. I później tego bardzo żałuję.

Na przykład wczoraj żałowałam. Córka Pierwsza już w środę po basenie płakała, że jest jej zimno, wieczorem pokładała się po kanapie, a rano, gdy mierzyłam jej temperaturę okazało się, że ma 38 stopni, a Córka Druga niewiele mniej.

Pobiegły więc całe uradowane do dziadków i się pochwaliły, że nie idą do szkoły… A ja miałam przerąbane. Miałam hałas, bajzel i nerwy na postronku. Wieczorem więc zapowiedziałam, że kolejny dzień z nimi zwariuję, a one z kolei, że na pewno i tak zostaną w domu.

Dzisiaj przywitały mnie słowami:

– Sprawdź czy mamy gorączkę, bo chyba mamy.

Przyłożyłam rękę do łbów.

– Nie macie gorączki.

– Ale ja mam gorące czoło – powiedziała CD.

– Nie masz!

– Weź termometr i się przekonasz, że jesteśmy chore!

Cóż,  buźka na wyświetlaczu termometru uśmiechała się z przekąsem. Buzie dzieci zrzedły…

__________________________

A w środę tak w ogóle to byłam u okulisty. Spędziłam tam 2 godziny, przez kolejne 3 prawie nic nie widziałam, ale się dowiedziałam, że… w sumie wszystko w porządku, nawet mam okulary dobrze dobrane.

– To co w końcu okulista powiedział? – spytała Marjanna.

– Że za dużo siedzę przed kompem, a okulary mam nosić na nosie, a nie w torebce.

– To na konowała jakiegoś trafiłaś! Ty za dużo przy komputerze? Wolne żarty….

Też uważam, że 16 godzin przed ekranem to nie przesada.


9 thoughts on “Wirus na życzenie”