Zaczęło się od kawy….

Zaczęło się od kawy….

i już wiedziałam, że to nie będzie dobry dzień.

Ale od początku – „nie chwal dnia przed zachodem słońca”. Jest takie powiedzenie. Od wczoraj mam pod górkę, a dzisiaj to już mam tak przerąbane, że wolę pomarudzić na ten dzień już teraz, z nadzieją, że do wieczora się poprawi. Skoro dobry może się spierd.. to może zły poprawić?

Otóż zaczęło się od kawy wylanej na komputer. Dokładnie wczoraj. Chlapnęłam rozpuszczalną Tchibo z mlekiem i klawiatura przestała działać poprawnie. Potem Córka Druga, która od jakiegoś czasu regularnie kaszle, wysmarkała nos. I przepraszam za sugestywny opis, ale po obcych formach życia, jakie wydmuchała w chusteczkę, oceniałam, że zapowiada się na dłuższą jej obecność w domu.  A zalany komputer, dead line na dwa zlecenia i Córka Druga w domu wieszczą potężną katastrofę. Dzień jednak minął dość pracowicie i powoli, bo komputer, który miałam do dyspozycji do zainteresowanych pracą nie należy. Skończył się zumbą podczas której dowiodłam, że nawet w tańcu grupowym jestem freelancerem.

Obudziłam się wcześnie.  Nawet kot jeszcze spał, a prawie każdy kot to ranny ptaszek. Mój kawowy komputer pomimo, że prawie doby schnął wciąż nie działał poprawnie, a córka chrumkała przez swój zatkany nos. Córka Pierwsza miała na popołudnie, więc została w domu i naparzała się z CD. Ogólnie zachowywały się tak, że dobrze, że nie mam dostępu do broni. One się więc darły i biły, ja w tym czasie próbowałam pracować na starym komputerze. Jednym z dwóch. Jeden zaczął uaktualniać linuxa i wciąż to robi,  drugi ma Windowsa z czasów prezydentury Reagana.

I tak, po kolei:

-zadzwoniłam do sprzedawcy klawiatur do laptopów, ale za cholerę nie mogłam się z nim dogadać, bo ciągle mówiłam a tym, że chcę kupić baterię, a on powtarzał, że baterii nie sprzedaje,

– jeden klient od pilnego zlecenia odpisał, że filmik, który mu przesłałam jest do dupy. Aby go poprawić, musiałam zrobić wydruk na drukarce, ale żaden z dwóch moich komputerów nie chciał z nią działać,

– babcia zrobiła wydruk, ale dopiero na 45 minut przed dead line.  CP musiała jechać do szkoły. Zwaliłam to na babcię,

-gdy tylko zaczęłam nagrywać filmik, zauważyłam, że bateria w aparacie jest rozładowana. Na szczęście jeszcze chwilę pociągnęła, chociaż były z cztery duble, bo CD siedziała obok i patrzyła co wyprawiam, a ona nie potrafi trzymać gęby na kłódkę,

-gdy chciałam filmik zrzucić na tablet (bo jest kompatybilny z aparatem foto) okazało się, że jest tak rozładowany, że nawet nie daje się włączyć,

– filmik trzeba było przyciąć. Zaczęłam szukać programu online. Znalazłam, ale tylko taki, co przycinał kadr, a nie sceny. Poszukałam takiego do ściągnięcia na kompa, ściągnęłam, a było już 30 min. do dead line, ale się okazało, że komputer ma za starego Windowsa i programu nie można uruchomić. Zadzwoniłam do kolegi, ten kazał wysłać filmik do siebie, mail szedł z kwadrans. Kolega zaczął pytać czy film tylko przyciąć, czy dorobić muzyczkę, animację, gołe cycki, podkręcić kolor, dorobić przejścia i przekaz podprogowy. Za 5 minut do dead line dostałam gotowy filmik,

-pojechałam na pocztę z dokumentami, które musiały być wysłane dzisiaj, żebym dostała kasę w przyszłym tygodniu a nie za 2 tygodnie. O dziwo po drodze nic się nie wydarzyło, a na poczcie nie było kolejek. Jedyna klęska to podwyżka za wysyłkę listu poleconego z 5,3 zł na 6,8 zł…

-wróciłam i wzięłam się za robienie obiadu. Avocado było tak twarde, że złamałam na nim widelec, gaz skończył się pod patelnią z mielonym,

-sos mięsny bryzgnął Córce Drugiej na stół, podłogę, spodnie i sweterek. Powiedziała, że nie posprząta,

-jak tylko usiadłam do kompa, żeby nadgonić robotę nr 2 z dead linem na dzisiaj, dostałam maila od klienta z przypomnieniem, że dead line jest na dzisiaj,

-rozbolała mnie głowa.

A jest dopiero 15:15.

 


21 thoughts on “Zaczęło się od kawy….”