10 kwietnia nowym piątkiem trzynastego

10 kwietnia nowym piątkiem trzynastego

– Mamo, a gdzie jest wózek, w którym woziłaś mnie, gdy byłam mała?

– Sprzedałam – odpowiedziałam Córce Drugiej krótko, bez tłumaczenia, że jeden z dwóch wózków był wystawiony na pewnej aukcji…

– Ale jak ja dorosnę i będę miała dzieci, to nie będę miała w czym ich wozić! Dlaczego tak zrobiłaś???

Takie właśnie rozmowy prowadziłam z Córką Drugą w samochodzie, gdy wracałam z CP i babcią z Bułgarii. A dokładniej z Krakowa, bo w Krakowie babcia uznała, że wysiada na zajęcia na uczelni, a ja, że jest tak pięknie, że też zostajemy. Ostatecznie ulokowałyśmy się za rogatkami Niepołomic. Bo czemu nie, przecież w Krakowie mieszkałam, a w Niepołomicach nawet nie byłam.

Wyjazd obfitował w mrożące krew w żyłach wydarzenia, które objęły aż trzy różne rodziny i głównie miały miejsce 10 kwietnia. Lokalny Dziadołak* zapewne miał łatwiej…

Na przykład synek gospodarzy naszych zaczął się w nocy dusić, a ja zdiagnozowałam u niego zapalenie krtani. Bo jak wiadomo, doświadczona matka, to jakby była po medycynie. Poza tym zagotowało mi się auto na wiadukcie w Krakowie, gdy starałam się dojechać z ulicy Pawiej do Kopca Kościuszki. Wszędzie korek, bus pasy jakieś cholerne, parkingi załadowane, a spod maski auta babci coś się dymi… No to ja tym bus pasem, na chodnik, silnik wyłączyłam, klapę otworzyłam i za telefon, dzwonić do dziadka, że auto mi się kopci i co dalej.

I się okazało, że dziadek mnie nie słyszy. Bo oczywiście w tym momencie telefon odmówił posłuszeństwa i nawalił mikrofon. Sms’ami więc konsultowałam się z dziadkiem, a jednocześnie skarżyłam moim gospodarzom, że stoję w Krakowie i jest źle…

Gospodarze zaczęli do mnie wydzwaniać, nie wiedząc, że ja ich słyszę, ale oni słyszeć mnie nie mogą. Może i dobrze, bo to co wydobywało się z moich ust powinno być objęte cenzurą .

 Gdy auto ze trzy razy ostygło, ja odebrałam pierdylion telefonów, w których co rusz ktoś pytał:

– Słyszysz mnie???

a ja odpowiadałam coraz głośniej:

– Noooo kuuuuu… rczę, słyszę!!!

postanowiłam zostawić klapę silnika uchyloną, ogrzewanie włączyć na maksa, pootwierać okna i autostradą 80 km na godzinę dojechać do jakiegoś mechanika. Mechanika poszukiwała moja gospodyni, której to w tym czasie dziecko dusiło się z powodu zapalenia krtani, a namiar na mechanika ostatecznie wyciągnęła od koleżanki, która z kolei była w drodze do szpitala z powodu zasłabnięcia pod prysznicem. Niby nic takiego, ale owa koleżanka ma ciśnienie trupa i za chwilę rodzi.

Mechanik na imię miał Grzegorz i ma warsztat w Niepołomicach przy ulicy Pięknej 15. Obiecałam mu, że go zareklamuję, bo najpierw myślał, że jestem z TVN Turbo i go wkręcam. Ponieważ auto się grzało z powodu braku prądu uruchamiającego wentylator i naprawa trwała jakieś 5 minut. Zapłaciłam dyszkę, poklepałam pana Grzegorza po ramieniu i serdecznie podziękowałam. W tym czasie gospodyni była kilka budynków dalej na pogotowiu ze swoim duszącym się dzieckiem, a jej koleżanka pod KTG w szpitalu. Ostatecznie gospodyni ze swoim dzieckiem do lekarza się nie dostała,  jej koleżanka została w szpitalu na dłużej, a jej mąż rozwalił samochód na jakimś słupku, gdy nocą poszukiwał klapek pod prysznic jeżdżąc po wsi i wypatrując jakiś wiszących na płocie. Długa historia….

Córka Druga zaś zepsuła sobie buty… ale o tym później. Bo na razie garść dialogów:

– To jest dziedziniec. Możecie sobie pobiegać – powiedziałam do córek, gdy byłyśmy na Wawelu. Córka Druga zaczęła biec przed siebie. Córka Pierwsza nawet nie ruszyła z miejsca.

– Nie biegam, bo nie lubię.

Moja krew…

>

Podczas chodzenia po Krakowie dołożyła jeszcze:

– My już jesteśmy za stare na takie długie zwiedzanie…

>

– I co, dziewczyny? Fajnie było w Krakowie?

– Tak, bardzo – powiedziała CP, koneserka architektury i sztuki.

– To co tam ci się najbardziej podobało?

– To, że A. dał mi całusa.

– A Sukiennice ci się nie podobały?

– A co to? To tam, gdzie był kibel?

>

Córka Druga dostała buty, bo rozwaliła te, które miała na nogach. Poszłam z nią do sklepu i poszukałam najtańszych. Najtańsze były koszmarnie brzydkie albo…. miały światełka. Uznałam więc, że wolę te ze światełkami. Córka Druga była zachwycona, jednak dzień był bardzo słoneczny i po wyjściu na ulicę światełek praktycznie nie było widać. Na szczęście weszłyśmy do muzeum. I już na progu zrobił się półmrok. Córka Druga stanęła więc przed bileterem, tupnęła, by światełka zamrugały i powiedziała:

– Proszę pana, a ja mam świecące buty!

Bo CD to jest bardzo kontaktowa…

A za to Kraków jest bardzo prorodzinny. Na każdym kroku McDonald’s  – wiadomo. Tanio, szybko i dzieci zeżrą. Bo do baru mlecznego to już nie dopełzły, a chciałam je poczęstować czymś co sama żarłam przez lata studiów i dzięki czemu wyrosłam na taką świetną blogerkę. Myślałam też o zapchaniu ich gruzińskim lawaszem albo chaczapuri – daniami, które za „moich” krakowskich czasów kosztowały 5 i 6 zł, ale teraz ponoć kosztują wielokrotnie więcej i się mocno skiepściły.  Ale córki wchodziły wszędzie za friko. Bo do 7 roku życia i na Kopcu, w muzeum w podziemiach czy w smoczej jamie dzieci wchodzą bez płacenia. Dziwię się jednak, że kiedyś mogłam tam mieszkać – korki, korki, korki, autobusy, tramwaje, zatłoczone przystanki. Wolę moje Kaszuby. Za stara jestem na chodzenie po Krakowie.

Poza tym chciałam babci pokazać moje przyszłe auto

– Jedziemy przez całą Polskę, to chyba gdzieś zobaczymy Matrixa.

Nie. Nie zobaczyłyśmy ani jednego!

– Może on jeździ w jakimś równoległym świecie? W końcu to Matrix… – zwątpiła babcia.

Córki przez cały wyjazd zachowywały się wzorowo. No cudownie wręcz. CD nawet na powrót posiadła umiejętność zakładania rajstop i niemarudzenia, że miała być inna sukienka, a to potrafi tylko w skrajnych przypadkach. Po powrocie do domu znowu dały w palnik i są nie do wytrzymania. Córkę Drugą przez godzinę wczoraj prosiłam, by zamknęła paszczę i poszła spać, w końcu zagroziłam, że zadzwonię gdzie trzeba i będzie miała przerąbane.

– Mamo, będę już cicho…

Po 15 sekundach…

– Mamoooo, ja jednak nie potrafię być cicho.

Niech mnie ktoś dobije…

.

.

.

.

* Dziadołak. Lokalny rowerzysta, starej daty klient baru piwnego. Krąży rowerem pomiędzy swoim domkiem, a punktem z piwem. Koledzy go ostatnio podnosili.

– Dziadołak się wywalił na rowerze pod naszym domem. Pomogliśmy mu wstać i pojechał dalej – powiedzieli pełni podziwu.


28 thoughts on “10 kwietnia nowym piątkiem trzynastego”