Dzieci z ulicy

Dzieci z ulicy

Jeśli ktoś nie wierzy, że dzieci wciąż bawią się na ulicy, to powinien zajrzeć na naszą. Moje córki były pierwsze. Zaczęły wiosną wylegiwać na ulicę, żeby głaskać szczeniaki u sąsiada. Bo sąsiad ma rodowodowe owczarki, więc takie miśki za bramą ciągle biegały.

Potem doczłapała koleżanka z klasy B, mieszkająca na końcu ulicy, oraz jej starsza siostra. Zaczęło się jeżdżenie na rowerach, bieganie. Do nich dołączyły dwie inne z okolicy. Dwie ulice dalej mieszkają, więc podjeżdżają na rowerach i z psem. Wczoraj wszystkie, oprócz Córki Drugiej siedziały na pobliskiej sośnie. Kompletnie niewidoczne, krzyczały do przejeżdżających ulicą na rowerach sąsiadów „dzień dobry”. Mina zastanawiających się skąd ktoś krzyczał – bezcenna.

A skoro tak, to i sąsiadka zza dwóch płotów dalej wypuściła swojego syna, rówieśnika Córki Drugiej. I tak sobie biegały, wrzeszczały całą bandą, lekko zasmarkane. Jedna pobiegła do domu po gofry dla wszystkich (za naszych czasów pewnie byłby to chleb z cukrem), do mojej kuchni cała grupa wpadała, żeby się napić. Były też klasyczne piski, kłótnie, rywalizacja, skakanie na trampolinie, zabawa w chowanego.

Bez telefonów, tabletów, wszystkie bez nadwagi. Na szczęście są jeszcze takie dzieci.


28 thoughts on “Dzieci z ulicy”