Jak się matka może zajechać, jeśli nie zna umiaru

Jak się matka może zajechać, jeśli nie zna umiaru

Kupiłam sobie rower. Nie wiem czy wspominałam, ale dwa tygodnie temu. Nie wspominałam? Niemożliwe! Informację, że kupiłam sobie rower wrzuciłam nawet do CV!

Gdy weszłam do salonu rowerowego, to od razu zwróciłam uwagę na holenderkę w kwiatki. Ale miała ramę „s”, a ja potrzebuję „xl”. Pani z obsługi spytała, czy jednak nie wolałabym mieć wygodny rower, niż tylko ładny.

– Oczywiście, że ma być ładny! – odpowiedziałam.

A potem wyszło na to, że jak rower był wygodny, to był w moim mniemaniu brzydki albo oklepany (mam wrażenie, że 90% rowerów ma kolor kremowy), albo przy skręcaniu kierownica zahaczała o moje kolana. I wreszcie kupiłam piękny, wygodny, cudny.

Ale ja nie o tym.

Nie lubię biegać, nie przepadam za chodzeniem na fitness, w-fu nienawidziłam,  byłam dzieckiem z nadwagą, a jednak zawsze chętnie jeździłam na rowerze. Odkąd rodzice kupili mi Slaloma na 6-te urodziny, to jeździłam. Chociaż raz zahamowałam przednim hamulcem i mnie wywaliło na asfalt, rozcięłam sobie brodę i nie miał mnie kto ze wsi zawieźć na pogotowie (auto stało co prawda…. nie, stop, nie auto, bo to Maluch był. Maluch stał w garażu, a babcia nie miała wtedy prawka). Brodę mi na okrętkę pozszywali, a ja nadal jeździłam na rowerze. Jak wyrosłam ze Slalomu, to na dziadka męskiej kolarzówce, potem dostałam górala, na którym teraz moja siostra wiesza balkonowe kwiatki, potem sobie w komisie na Kazimierzu kupiłam niemiecką damską dwururkę (jest na sprzedaż!), którą jeździłam po Krakowie do pracy, na uczelnię, do biblioteki. Potem rodziłam dzieci, więc albo byłam w zagrożonej ciąży, albo w połogu, albo zmęczona, wkurwiona, albo nie mogłam dzieci wziąć ze sobą, bo za małe, albo nie mogłam ich zostawić w domu, bo też za małe.

Aż sobie wreszcie odchowałam córki i sprawiłam Melexa.. nie… Maxima. Sorry. Mam Matrixa i Maxima. Archiwum X.

Dobra, kupiłam sobie rower, który ma grube opony, amortyzowane, szerokie siedzisko, amortyzowane widełki przednie, przerzutkę w piaście (7 biegów) oraz zajebisty look. I dzwonek bosmański znienawidzony przez mendy, które łażą przede mną po ścieżkach rowerowych. Mam go dwa tygodnie i codziennie na nim jeżdżę. Codziennie. A dodam, że zwykle nie jeżdżę na rowerze, gdy wieje, pada, jest za zimno, za gorąco. Ogólnie muszę mieć nastrój.

I duże dzieci.

Dlatego teraz dzień w dzień mówię dzieciom, że mają siedzieć na dupie, daję im niewychowawczo dwa piloty do sprzętu telewizyjnego, bo ja IDĘ NA godzinę na ROWER.

I po 2 tygodniach codziennej jazdy czuję się nieswojo. Jakby nogi nie były moje. Jak staruszka się czuję, bo tu mnie boli, tam mnie boli, mięśnie się nie mają kiedy zregenerować, żrę jak dzika. Czuję się jak baba przed 40-tką, która jednak przesadziła z jazdą na rowerze. I chyba dobrze, że za 3 dni wyjeżdżam na 5 dni. Bez roweru. Bo bym się na śmierć zajeździła.

Ale fajnie jest…

13256417_1147394428624547_6660012411143505054_n 13254273_1147394065291250_5081414960407686076_n 13310580_1147394265291230_7396050459900435174_n 13254343_1147393981957925_681370021485833395_nIMG_2387 IMG_2384


17 thoughts on “Jak się matka może zajechać, jeśli nie zna umiaru”