Kolonie dzisiaj i kiedyś

Kolonie dzisiaj i kiedyś

Od początku wakacji czytam o różnych zaniedbaniach podczas kolonii, o tym, że dzieci wypoczywają w nieodpowiednich warunkach, że za mało opiekunów mają, że dojechały stłoczone w pociągu. Ja tam nie jestem zwolenniczką puszczania dzieci do koloni karnej, ale czasami tak sobie myślę…

Kiedyś jechało się do lasu. Do LASU, nie do pensjonatu w Karpaczu. Wiem, bo należałam do drużyny ochotniczej straży pożarnej i mieliśmy różne obozy. Był jeden opiekun, były namioty, śpiwory i nocne warty. Obóz zaczynał się od kopania latryny w lesie, myliśmy się w drewnianych rynnach wodą z jeziora, samodzielne robiliśmy kanapki dla całych drużyn, chociaż żadne z dzieci nie miało badań sanepidu. Do domu dzwoniło się… Nie, w sumie się nie dzwoniło, bo nie było czasu. I telefonów.

W 1996 roku pojechałam na obóz żeglarski. Przez 10 dni ciągnął nas kuter od Gdańska do przystani na Jezioraku. W jednej Omedze (to nieduża łódka, nawet nie kabinówka) spaliśmy po 6 osób na słomianych materacach, które po paru dniach deszczu jechały wszystkim, tylko nie świeżą słomą. Jedliśmy kanapki z dżemem i serem oraz pulpety ze słoika. Wodę pitną dostarczał beczkowóz z Iławy. Do domu wszyscy wróciliśmy. Ja opalona, pożarta przez komary, parchata od tej wody z Jezioraka, szczęśliwa jak diabli.

Jak dobrze, że NIKT SIĘ NIE WPIEPRZYŁ, nikt nam nie zabronił. Bo to były najlepsze wakacje, jakie w życiu miałam.

Cud, żeśmy nie pomarli na tych koloniach w latach 80-90…..


91 thoughts on “Kolonie dzisiaj i kiedyś”