Kurs angielskiego, czyli dlaczego stara baba wciąż się uczy?

Kurs angielskiego, czyli dlaczego stara baba wciąż się uczy?

Szczęśliwie kolejny semestr kursu języka angielskiego dobiegł końca i chociaż jedne zajęcia mam do odrobienia, to otrzymałam dyplom i parę krówek. W sumie to trzy krówki, więc nie parę. Nie da się ukryć, że zbyt pojętnym uczniem nie jestem, ale prace domowe odrabiałam regularnie, byłam aktywna na zajęciach, zwłaszcza kiedy chodziło o zgłaszanie niezadowolenia z gry w planszówki oraz o buntowanie się z powodu zapowiadanych testów.

Czemu stara baba chodzi na angielski?

Bo stara baba nigdy żadnego języka nie nauczyła się perfekcyjnie. Jestem niezwykłym antytalentem. Powinni mnie pokazywać w jakimś muzeum Darwina, w dziale “nigdy nie zeszli z drzewa”. A do tego, odkąd na początku XXI wieku skończyłam studia, z językiem obcym nie miałam kontaktu żadnego. Chyba że podczas oglądania seriali, ale i wtedy włączałam sobie lektora lub napisy. No i się zrobiło głupio, gdy zaczęłam podróżować. Bo niby rozumiem dużo, ale na mówienie miałam taką blokadę, że wolałam albo nic nie załatwić, albo zepchnąć to zadanie na jakiegoś poliglotę. Wstyd i hańba! Chociaż nie tacy jak ja dyplomatami zostają, to ja się jednak nie mogłam przełamać, by mówić po angielsku.

Proces socjalizacji.

Poza tym zaczęłam dziczeć. Wiecie, jak człowiek na wsi mieszka, ze wsi pracuje zdalnie, rozmawia tylko z córkami i ewentualnie z innymi członkami rodziny (nie zawsze z chęcią), to ludzie zaczynają przerażać. Mają duże głowy, długie ręce, stopy brzydkie, nie zawsze ładnie pachną… Lepiej nie! Tylko że to też nie zawsze dobre dla psychiki i musiałam sobie znaleźć jakiś powód do wychodzenia z domu. W domyśle miał to być boks albo coś takiego, żeby się wyżyć, a zapisałam się na kurs angielskiego. Dużego wyboru nie było, bo był grudzień, środek roku szkolnego, poszłam więc tam, gdzie mnie chcieli. I wdepnęłam.

Sam angielski to wiecie… Debilne czasy, miliony słówek, mowa bierna i zdania warunkowe. Syf i malaria. Ale się grupa trafiła taka, że Monty Python to przy nas wzór powagi i dyscypliny. Lekcje więc mijają nam przede wszystkim na żartach i nawiązaniach do picia alkoholu.

A jednak w tym szaleństwie jest metoda.

Bo po 1,5 roku edukacji nadal może nie znam wielu słówek, wciąż nie zawsze wiem, jakiego czasu należy użyć, ale zeszła ze mnie blokada. Mam w dupie, że coś powiem nie tak, ważny jest efekt.

Zamówiłam w greckim barze ośmiornicę z grilla i wino? Zamówiłam!
Opowiedziałam sprzedawczyni w piekarni, że jestem z Polski, w Polsce jest zimno, a 35 stopni w Grecji to dla mnie błogie ciepełko? Powiedziałam!
Dogadałam się z właścicielką hotelu? No nie, bo nie mówiła po angielsku, ale zawołała swoją córkę. Z córką już się dogadałam.

I mam z tego powodu olbrzymią satysfakcję. Warto było poświęcić czas, pieniądze, dojeżdżać co środę do miasta. Choćby tylko dla tej ośmiornicy i większej pewności siebie.


4 thoughts on “Kurs angielskiego, czyli dlaczego stara baba wciąż się uczy?”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zaloguj się przez Facebook

Powiadom mnie o odpowiedziach na mój komentarz