Lecę na wojnę

Lecę na wojnę

Jadę do Belgii. To pewnie wiecie. Zawsze planuję: Grecja, Chorwacja, Rumunia, a i tak wychodzi mi Belgia. Ale kto tam nie był, ten nie zrozumie. Uwielbiam belgijskie powietrze, kanały, zieleń, uliczki, kamieniczki. Piwo, gofry, czekoladki i frytki uwielbiam równie mocno. Mogłabym tam nawet mieszkać, gdyby oczywiście dawali mieszkanie, pracę w języku polskim i solidne zasiłki. Czułabym się jak w domu <ironia_mode>

Ale wczoraj zaczął mnie oblatywać strach.

Po pierwsze, dziadek od wielu miesięcy mówi, że tam jest wojna, a Sobieski jednak nie żyje, więc będzie dramat w Europie.

Faktycznie. Pierwszą bitwę stoczyłam dzisiaj rano, co prawda nie z arabskim fundamentalistą, ale było jeszcze trudniej. Bo dowiedziałam się, że córki są już spakowane! Okazało się, że w torby mające dopuszczalne wymiary bagażu podręcznego (a tylko taki mam na podróż na 3 dni) zmieściły gry planszowe, kolorowanki, książki o kotach, po 5 maskotek, konia dla Barbie oraz lalki Monster High we wszystkich możliwych rozmiarach. Byłam pełna podziwu, bo naprawdę spakowały pół pokoju, ale wytłumaczyłam, że w takim razie Holandię (bo one ostatecznie jadą do Holandii) będą zwiedzać nago. Córka Pierwsza się popłakała. Ostatecznie wyszło na moje, bo powiedziałam, że tata na pewno im tam coś na miejscu kupi, żeby miały się czym bawić i przywiezie w listopadzie samochodem. Muszę OB jeszcze o tym uprzedzić…

Po drugie, ta Gośka, u której mam mieszkać, podsyła mi wiadomości z kraju. Głównie o alarmach bombowych, ewakuacjach i podejrzanych ładunkach w Brukseli i na lotniskach. Weszłam na TVN24, na Onet i oczywiście na stronę Polskiego Episkopatu, bo ci znają się na wszystkim, ale słowa nie ma o żadnych bombach.

Podejrzewam więc, że Gośka się zorientowała, kto będzie pod jej dachem przez 3 dni i strach ją obleciał. Faktycznie wolałaby terrorystę, niż Matkę Sanepid. Względnie mam cichą nadzieję, że „podejrzane ładunki” to były tylko drugie śniadania pozostawione w plecakach przez uczniów w czerwcu tego roku.

Poza tym, to „po trzecie”, gdy wczoraj kąpałam dzieci przypomniały mi się słowa Toma Hanksa z „Bezsenność w Seattle”. „Kobieta po 30-tce prędzej zginie z rąk terrorystów, niż wyjdzie za mąż.” A nie dalej jak we wtorek spławiałam 40-latka, który napisał do mnie: Jesteś sexy, chętnie bym się do ciebie poprzytulał”. Nie wiedziałam, że 40-latkowie mogą uczyć się w gimnazjum…

Już zaczęłam panikować. Pisałam do Marjanny, do Anety, że nie jadę nigdzie i chciałam dzwonić do swojego psychoterapeuty, ale myślę sobie, że:

1) w domu mamy 3 duże butle z gazem – codziennie smażąc schabowe ryzykujemy życiem,

2) będziemy spieprzać z lotniska… szybko. Poza tym, jeśli w środę znajdują ładunki, to w piątek na bank każdy turysta będzie miał własnego uzbrojonego policjanta do ochrony,

3) jeżdżąc samochodem, niedaleko nas, codziennie, tysiące Januszy z 3 promilami alkoholu we krwi próbują nas pozabijać swoimi Golfami II po tuningu, a jakoś wsiadania do auta nie odmawiam. Ba! Wczoraj wracałam od koleżanki z Kąpina (mam do niej 10 km), a jechałam 40 minut, bo chciałam na skróty i zahaczyłam nawet o Piaśnicę. Kto nie wie, gdzie to, niech zobaczy na mapie przy okazji sprawdzania, gdzie jest ta cholerna Belgia. Koleżanka swoją drogą też mnie podniosła na duchu:

– Tylko nie wsiadaj do metra….

Ta.

To będzie bombowy urlop.

– Trochę się rozerwiesz – powiedziała babcia.

Chyba jednak zadzwonię do terapeuty.


37 thoughts on “Lecę na wojnę”