Matkę dopadł wirus. Wirus piździelnikowy.

Matkę dopadł wirus. Wirus piździelnikowy.

Pomimo Waszych cennych rad i wykupienia połowy przemysłu farmaceutycznego nie udało mi się zahamować gorączki i wycieku z nosa. Szczególnie wycieku z nosa. Chciałam powiedzieć, że:
– woda utleniona nie działa
– ksylometazolin pod żadną postacią nie działa
– sulfarinol nie działa
– olejek mentolowy na chwilę, ale efekt porównywalny z kupą kota (też mocno daje po garach), po 3 minutach już jednak nie działa
– pseudoefedryna nie działa
– Cirrus nie działa
– od maści z kamforą mam czerwone plamy na dekolcie.

Stanie jako takie pomaga. Moje stanie. Tzn. muszę być w pozycji stojącej, wyprostowanej, wtedy nos mi się odtyka, ale nie da się tak czytać zbyt długo. Poza tym, jak stoję to kręci mi się w głowie.

Ogólnie rzecz ujmując, zacytuję moją rozmowę z Marjanną:

– Mam holyłódzki nos. Czerwony i podrażniony, jakbym co chwila wciągała kreskę koki.

A wierzcie mi – nie czuję się wyluzowana.


42 thoughts on “Matkę dopadł wirus. Wirus piździelnikowy.”