Polskie drogi Ojca Biologicznego

Polskie drogi Ojca Biologicznego

Nigdy jeszcze nie oddałam tego bloga w ręce Ojca Biologicznego, chociaż jest tutaj obecny często. Musi być zawsze jakiś czarny charakter. OB, po ostatnim pobycie w Polsce, napisał tekst dotyczący poruszania się po polskich drogach. Zdziała niewiele, ale niech się chłopak cieszy: poprawiłam niektóre literówki i publikuję. Bądźcie mili, w końcu to ojciec moich dzieci.

I tutaj wchodzi OB. Cały wkurwiony.

Żeby nie było, ja bywam w Polsce w miarę nieregularnie. Z Polski wyjechałem jakieś siedem lat temu, ale mam dwa aniołki złotowłose, które odwiedzam co jakiś czas. Moje szczęście w nieszczęściu polega natomiast na tym, że autem jeżdżę tam coraz rzadziej. No po prostu stary się zrobiłem (aktualnie mam prawie 39,5 – daleko mi do 40-stki), więc okazało się nagle, że latanie jest jednak wygodniejsze (i to pomimo antagonistycznej kombinacji rozstawu foteli w tanich liniach oraz mojego wzrost trochę powyżej średniej krajowej – polskiej i holenderskiej, żeby nie było).

Wybrałem się więc nowym (lecz używanym) autem do Polski, bo to jednak o wiele łatwiej się przemieszczać po Polsce i mówię to, pamiętając o podróży PKS-em do Giżycka, gdy CP wymiotowała jak małe kocię. Tylko tutaj muszę zaznaczyć, że to nowe auto to diesel. A ja wyszłem (bo blisko ⓇBałtroczyk) z założenia, że muszę jechać oszczędnie, to może uda się te 1200 km na jednym tankowaniu pokonać (prawie się udało, choć jakieś 50 km zabrakło). Więc jechałem sobie tempem spacerowym przez całe Niemcy i był czad, bo spalanie spadło poniżej 4l/100 km. Ba, nawet wszystkie TIR-y zostawiałem w tyle. Od granicy (w Kołbaskowie) też było całkiem ok, bo wsi dużo, więc i tak nie idzie się rozpędzić. 90 – 50 – 90. To nie wymiary modelki, tylko tryb jazdy. Ja nawet czasem jeżdżę 50 km/h po holenderskich miastach, więc dla mnie to zupełnie nie problem. Jest czas, żeby sobie krzyżówkę rozwiązać, w szachy korespondencyjnie pograć, modele z Deagostini posklejać. Dojechałem, odebrałem CP i CD, a potem ruszyłem w drogę Trójmiasto-Płońsk-Warszawa-Wieś_koło_Warszawy-Warszawa-Trójmiasto.
I się zaczęło.

Trasa S7 piękna, nowa, dwupasmowa. Jak w Niemczech – bez ograniczenia prędkości, choć tutaj przyznać muszę, że pewności nie mam. Może czasem coś tam było, że 100, czy 120, ale to tak jak ze światłami na skrzyżowaniu – czyli taka prośba raczej, drobna sugestia, niż przepis. Pędziło mi się nieziemsko. Miałem setkę – na liczniku znaczy się – bo prowadzenia po piciu nie uznaję. Tempomat aktywny, czyli moja stopa odpoczywa, tylko czasem jakiś TIR się pojawiał na drodze, więc ja grzecznie, czekam, czy jest miejsce, jadę, kierunkowskaz daję i jak nikomu nie zawadzam, zaczynam manewr wyprzedzania. Tylko wiecie, w moim tempie to trwa trochę dłużej niż przyjęta norma 5 sek., więc po chwili miałem już jakiegoś kierowcę na zderzaku, co to mi migał światłami. Tylko, ziomku mój, ja jadę, wyprzedzam swoim tempem, więc twoje błyskanie tylko mi ciśnienie podnosi, a na tempomat to nie działa. Żeby nie było, ja zasadniczo wiem, że ja wolny jestem i w niedzielę rano ludziom się śpieszy, żeby dojechać do domu tak szybko, jak to możliwe, bo pewnie coś w TVN dają ciekawego. Ja zasadniczo rozumiem, że ja się wlokę, a komuś może być śpieszno na siku, albo do Maca, żeby w kolejce postać. Tylko dla mnie takie miganie długimi to tak jakby mnie ktoś w tej kolejce w Macu popychał. Może się zdarzyć przypadkiem, ale w zasadzie to nic nie da.
Może porównanie średnie. W końcu kultura na drogach jest inna. Moja osobista refleksja jest taka, że tej kultury na drogach bardzo często brakuje.

Po tygodniu nasunęło mi się kilka spostrzeżeń:
1. Mruganie światłami – to mnie wkurza. Trochę jak prawo dżungli: jestem szybki i wściekły, więc wynocha z mojego pasa. To ja nie mam prawa wyprzedzić, bo ktoś, kto jedzie sporo ponad limit, nie widzi na więcej niż 50 metrów? Serio tak trudno zdjąć nogę z gazu, jak się widzi kogoś przed sobą na pasie? Naprawdę trzeba dojechać do zderzaka i migać? I żeby nie było, widziałem też wielu kierowców, którzy próbowali jechać te 120 km/h, ale ich jazda przypominała walkę o przetrwanie – jechać ile się da, wyprzedzić ile się da, a potem schować się na prawym pasie, żeby nie dać się zabić. Szybcy i wściekli. I żeby nie było to w Niemczech i Belgii też się zdarza mi widzieć, gdy ktoś na kogoś miga, tylko jakoś nie tak często.

2. Tak sobie czasami jechałem i myślałem, że może ludzie zapominają, po jakiej drodze jadą i jaki jest limit prędkości? Tu, gdzie mieszkam, jest drobna pomoc w postaci małych znaczków z aktualnym oznaczeniem prędkości ustawionych wzdłuż wielu dróg. W ten sposób naprawdę trudno przeoczyć ile faktycznie jest dozwolone. 

Klik TUTAJ

3. Trzymanie odstępu, a raczej trzymanie się kufra poprzedzającego auta – to jest problem pewnie ogólnoświatowy, bo w Holandii, Belgii, Niemczech widzę tego też całkiem sporo. Nie rozumiem, jak można jechać płynnie, gdy w zasadzie nie wiadomo co dzieje się przed autem i nie ma czasu zareagować. Żeby nie było, ja wiem, że jest ryzyko, że ktoś się czasem wepchnie na chama, ale parafrazując stare powiedzenie, czy człowiek wie, na kogo się wpycha? Serio lepiej hamować co chwilę niż stracić 3 sekundy? 

Klik TUTAJ 

4. Tak przy okazji, zawsze się wzruszam, gdy widzę tablicę pod tytułem: “zachowaj dystans 50 metrów”. Kto mi, kurcze, powie, jaki jest dystans pomiędzy moim autem a tym przede mną, skoro oba są w ruchu? Bo ja za cholerę nie wiem. Czasami staram się patrzeć na słupki, ale te słupki to jednak bardziej na poboczu niż na drodze. Tu gdzie mieszkam jest czasem jakaś pomoc. 

Klik TUTAJ

5. Ruszanie spod świateł. To mnie zdziwiło, biorąc pod uwagę, co działo się na autostradzie. Jeżdżąc po Warszawie, dziwiłem się wielokrotnie, jak to jest, że zielone świeci się z pół minuty, a 3 samochody przede mną jeszcze stoją. Może ludzie tam też w szachy grają? Jeśli chodzi o same światła, to przez cały tydzień, codziennie tęskniłem za holenderskim systemem, gdzie światła są przeważnie bezkolizyjne. To znaczy, że jeśli ja mam zielone, to ten z przeciwnej strony będzie czekał. I to działa, bo jest też system, który monitoruje ruch i czuwa, żeby była zachowana płynność ruchu. 

Klik TUTAJ

6. Jazda na suwak – temat rzeka. Tak samo, jak włączanie się do ruchu i szeryfowie drogowi. Żeby nie było, czasem zdarza mi się komuś lekko wymusić, ale o wiele częściej zdarza mi się kogoś wpuścić. Dla mnie nie ma dużej różnicy, czy w korku stoi przede mną jeden więcej, czy mniej. Żeby nie był, w drzwiach też czasem kogoś przepuszczę.

7. Wyprzedzanie z prawej – biorąc pod uwagę punkt 1, to nie zdarza się za często. Gdzieś w Warszawie widziałem ludzi jadących slalomem między autami. Nawet mnie to już nie dziwi. Po prostu ręce opadają.

8. Motocykle są wszędzie. I według mnie to jest klu problemu! Patrz punkt 7 i dodaj do tego maszynkę na dwóch kółkach, która rozpędza się o wiele szybciej niż przeciętny samochód. Przepis na nieszczęście gotowy. Ja patrzę w lusterka, ja mam oczy dookoła głowy, ale kilka razy jakiś motocyklista zaskoczył mnie, pojawiając się znikąd i znikając z pola widzenia w ciągu kilku sekund.

Klik TUTAJ

9. Rowerzyści na drogach. Nie ważne, czy w mieście, czy poza miastem, to jest w mojej opinii czyste szaleństwo. I żeby nie było, sam próbowałem kiedyś przemieszczać się na rowerze po polskich drogach i bałem się o swoje zdrowie, chociaż jechałem poboczem, które było całkiem szerokie. Człowiek ma z reguły dość niewielkie szanse w zderzeniu z autem.

10. Nie daj się zabić! W Holandii jest co jakiś czas przypominana kampania “Ik ben BOB” mająca na celu zachęcanie kierowców do wstrzymania się od picia. To wynika głównie z tego, że w tutaj jest dopuszczalne 0,5 ‰ alkoholu we krwi. W Niemczech władze starają się uświadomić kierowcom, że używanie komórki w czasie jazdy może mieć tragiczne skutki.

Klik TUTAJ i TUTAJ

W Polsce widziałem za to tablicę z napisem “Nie daj się zabić”. Dla mnie to oznacza, że ktoś na mnie poluje i takie też miałem wrażenie, jeżdżąc po polskich drogach.

Klik TUTAJ

Matka Sanepid próbowała mnie przekonać, że im dalej od Warszawy, tym lepiej i taki Lublin był dla niej ostoją spokojnych, kulturalnych kierowców, więc może jest jeszcze nadzieja, ale ja mam nadzieję, że to się nie zmieni, gdy autostrada w końcu tam dotrze.
Nie daj się zabić!

Klik TUTAJ 

Artykuł: TUTAJ


14 thoughts on “Polskie drogi Ojca Biologicznego”

  1. Tak to mniej więcej wygląda…Dodałabym jeszcze konieczność wdychania chmur dymu ze starych dizli. Wkurza mnie to chyba bardziej niż chamstwo na drogach ekspresowych i autostradach.

    1. Buu … każdy ma prawo zabrać głos. Ob zabrał . Wypluł co mu leżało trupem na wątrobie i już.

  2. Bardzo zgrabnie. Ze wszem się zgadzam. Goście z Niemiec byli przerażeni, kiedy polska młodzież mijała na wiejskiej drodze powiatowej kolumnę samochodów, dając tak lekko 200 po gazie. Ot takie to różnice kulturowe. Czymże bez nich były by wakacje?

  3. I jak tu sie z OB nie zgodzic, taka dzika jazda to jakis taki Polski fenomen, a z ktorego mozna wyrosnac lub wyleczyc sie jednczesto za granica gdzie jest duzo wieksza kultura jazdy. Proponuje wybrac sie do Danii gdzie wrecz przepisowa jazda moze czasami podniesc cisnienie 😀

  4. W tej jeździe na tempomacie jest metoda. Jak człowiek widzi że na zderzaku jedzie czubek to odruchowo naciśnie gaz a maszyna jest nieugięta. Co do szybkiej jazdy w DE. Jak tam ktoś zapier… to jest to na 90% Polak. Łatwo nas poznać po polskie samochody jeżdżą na światłach cały rok.😀 Niemcy prawie nie przekraczają 140.

  5. Pozdrawiam z Irlandii. W Polsce po prostu boje sie jezdzic, a jezdze duzo, ponad 30tys km rocznie. Wiadomo w kazdym kraju sa jakies wady, w Norwegii z idealnymi drogami, wyprofilowanymi zakretami i bardzo restrykcyjnymi ograniczeniami predkosci mozna bylo z nudow przysypiac za kierownica, po Sycylii jezdzilo sie z dusza na ramieniu, Irladczyków nikt nie nauczyl jezdzic, bo dopiero 5 lat temu wprowadzono jakiekolwiek szkolenia z instruktorem, wczesniej uczyl Cie rodzic czy wujek, ktory z kolei dostal prawo jazdy bez zadnego szkolenia i egzaminu bo w tamtym latach kolejki im sie za dlugie zrobily, wiec po prostu wszystkim chetnym wydano prawo jazdy. Zreszta do niedawna Irlandia byla krajem, gdzie mogles przyjechac na egzamin na prawo jazdy wlasnym samochodem, oblac go i wrócic tymze samochodem do domu.
    Ale nigdzie nie jazda nie jest dla mnie tak stresujaca i niebezpieczna jak w Polsce.

  6. Celne obserwacje. Powiedziałabym, że tak to wygląda w calej Polsce, bo poruszając się codziennie drogą ekspresową w okolicach Poznania mogłabym napisać dokladnie to samo np. o „zderzakowcach”, ale podpisuję się pod wszystkim co OB napisał. Tymczasem po przejechaniu kawałka drogi w Czechach juz tego na przyklad nie bylo: samochód szybko do nas dojechał , ale trzymając dystans czekał aż wyprzedzimy.
    Odnoszę też wrażenie, że im lepsze samochody jeżdżą po polskich drogach (a widać tę zmianę), tym z kulturą jazdy jest coraz gorzej. Na każdy „odcinek”, który bez wysiadania przejeżdżam (albo siedzę obok kierowcy) zdarza mi się rzucić „Co za palant!” albo „Patrz tego co robi…”.
    Jazda staje się ciężkim doświadczeniem, w którym odpowiadasz za poczynania wszystkich i starasz sie przewidzieć co głupiego może zrobić ktokolwiek.

  7. OB, nie próbuj jechać obwodnicą Krakowa! Ogólnie Kraków samochodem odpuść, chyba, że po dobrych uspokajaczach/antydepresantach. Zjeździłam Polskę wzdłuż i wszerz i nigdzie nie ma tylu morderców co na krakowskiej obwodnicy.

  8. No i co w związku z tym? Bo ja tu widzę kogoś, kto wyemigrował kilka lat temu i już „zapomniał”, że raczej więcej lat jeździł po polskich drogach. Bez urazy, ale może przestańmy już szczuć się wzajemnie na zło tego kraju. To typowo polskie podejście, skrytykować. Przykre…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zaloguj się przez Facebook

Powiadom mnie o odpowiedziach na mój komentarz