Puk, puk. Tutaj starość.

Puk, puk. Tutaj starość.

„Duże dziecko już mam” – pomyślałam wczoraj, gdy Córka Pierwsza sama ubrała się po szkole, wsiadła do auta, zapięła się w foteliku. A potem pojechałam z nią na kebaba. Chociaż ona zamówiła frytki, to jednak na kebaba. Gdy moja duża córka, nosząca ubrania w rozmiarze 128, nie wybrudziła się ketchupem i na pytanie „co tam w szkole?” odpowiedziała bardzo dojrzale: „wszystko dobrze”, to doszłam do wniosku, że mija ten okres, kiedy pomoc Ojca Biologiczna była mi tak niezbędna. Że coraz rzadziej będę odczuwać brak tych kolejnych dwóch rąk do pracy, a dzieci niedługo zaczną żyć bardziej swoim życiem, a mi pozwalą na większą niezależność. Takie one duże już.

Z drugiej strony, żułam tego kebaba obwicie polanego czosnkowym sosem, za którym przepadam, chociaż mi szkodzi. Już wiedziałam, że wieczór będzie trudny, że będzie mi leżało na żołądku. Wieczorem jedna z Was, Drogie Czytelniczki, wspomniała, że trzeba było wcześniej łyknąć Bioprazol….  Gapiłam się w ekran komputera i myślałam:

– Mój bosze… to już czas? Na łykanie tabletek na żołądek, wątrobę, zgagę? Czy ja wchodzę w okres reumatyzmu, osteoporozy, gazów i refluksu? Niemożliwe!

Ściągnęłam okulary, które od dłuższego czasu zakładam do czytania, bo coś kiepsko widzę, dźwignęłam się z łóżka, poczłapałam trzeci raz do toalety, żeby w nocy nie wstawać, posmarowałam twarz, szyję i dekolt kremem przeciwzmarszczkowym z kwasem hialuronowym, okolice oczu ujędrniającym i poszłam spać. Z tą myślą koszmarną, że coraz bliżej mi do pieluch. Tym razem własnych.


27 thoughts on “Puk, puk. Tutaj starość.”