Rola idola, czyli refleksyjnie o zdobywaniu muzy

Rola idola, czyli refleksyjnie o zdobywaniu muzy

Gdyby koty potrafiły zabijać wzrokiem, to w tej chwili nie moglibyście czytać tego postu. Powiedziałam kotu, że ma wyłazić spod mojej pościeli… dzisiaj będę bała się zasnąć…

Ale to nic, muzy posłucham. Od momentu lipcowego koncertu Pearl Jam w Gdyni, ze świadomością, że w listopadzie jadę na One Republic i jednocześnie wygrzebując stare kawałki Sinead O’Connor przypominam sobie dawne czasy, kiedy to byłam fanką zespołów, których próżno było szukać w Bravo czy Popcornie. W moim niewielkim miasteczku o płyty takich wykonawców często było trudniej niż o dostanie cegłą w głowę w drewnianym kościele. Trudne to były czasy. Internet raczkował, rodzice zakładali blokadę na włączany późno telewizor, a w Viva II bodajże program z klipami rockowymi leciał około 22:00. Amerykańskie zespoły raczej nasz kraj omijały, a mnie do głowy by nie przyszło, że będę kiedyś latać po całej Europie płacąc za bilet mniej niż na Intercity do Warszawy. Gdy wybierałam się z koleżanką Agnieszką do Katowic w czerwcu 2000 roku na Pearl Jam, ona czatowała od świtu pod jakimś gdyńskim sklepem muzycznym, żeby zdobyć bilety. Teraz bilet na koncert mogę kupić w Internecie i przywozi mi go kurier.

Koszulki produkowałyśmy sobie same. Mój tata-drukarz zamawiał w jakiejś hurtowni papier do naprasowanek, my kupowałyśmy białe koszulki, a gdy modem połączył się w końcu z Internetem, ściągałyśmy fotki ulubionych zespołów, drukowałyśmy je na domowej drukarce w lustrzanym odbiciu na naprasowankach i odpalałyśmy żelazko… to był swoją drogą jedyny moment, kiedy nasze koszulki były przez nas prasowane…

Ponieważ jak zwykłe nastolatki chciałyśmy mieć swoich idoli na ścianach, trzeba było zdobyć plakaty…. Drukarka domowa laserowa drukowała tylko w kolorze czarnym i odcieniach szarości, zresztą ściągać zdjęć w wysokiej rodzielczości modemem z Tepsy się nie dawało, dlatego raz w miesiącu jeździłyśmy na wagary. Nie, nie że tylko raz w miesiącu były te wagary, ale raz w miesiącu wsiadałyśmy w pociąg, jechałyśmy do jedynego w okolicy Empiku i kupowałyśmy amerykańskie gazety muzyczne. Zwykle jedna kosztowała 30-50 zł czyli w sumie całe nasze kieszonkowe. Trzeba się było podzielić zawartością, a nawet malutkie zdjęcie jakiegoś grunge’owego zespołu było na wagę złota.

Muzycznie edukował nas pan z małego sklepiku z kasetami, a potem płytami, który czasami ściągał specjalnie dla nas albumy zza granicy. Trzeba było za nie zapłacić dwa razy tyle co za zwykłe CD i czekać miesiąc albo znowu przy okazji wagarów jechać do Gdańska-Wrzeszcza, bo tam był sklep, w którym było… prawie wszystko. Chociaż czasami udawało się zgrać coś z radia. Gdy w radiowej Trójce urzędował Paweł Kostrzewa potrafiłyśmy nagrywać całe składanki ulubionych kawałków. Mam jeszcze te kasety. Są w pudle za moim łóżkiem i kurzą się, bo nie mam na czym ich odtwarzać. Ale ich nagrywanie lub zdobywanie kosztowało tyle wysiłku, że nie mam sumienia ich wyrzucić.

Dzisiaj mogę znaleźć każdy dowolny utwór choćby na Chomiku. Mogę obejrzeć klipy na You Tube, fragmenty koncertów, posłuchać coverów. Ponieważ mamy rzutnik obrazu w 3D mogę poczuć się jak na prawdziwym koncercie bez wychodzenia z domu. Mam koncerty na DVD, film dokumentalny, książki dotyczące Pearl Jam (inny zespół mnie nie interesuje aż tak bardzo…)

Ba, nawet moim córkom mogę w kilka sekund wyszukać wszystkie piosenki Majki Jeżowskiej i Arki Noego. Jeśli córki będą fankami popularnych zespołów, to na bank w RMF i Radio Zet utwory ich idoli będą lecieć co godzinę, a wyskoczenie na koncert samolotem zajmie im najwyżej pół dnia, a nie 14 h (tyle jechałam z Katowic do Gdyni w 2000 roku). A może będą idoli wyświetlać jako hologramy w pokoju? Takie to będą miały życie….


30 thoughts on “Rola idola, czyli refleksyjnie o zdobywaniu muzy”