Sprawy trudne z urzędu

Sprawy trudne z urzędu

Matka ostatnio walczyła z biurokracją i to tak zawzięcie, że musiała iść na kebaba, żeby odbudować siły witalne. Pomijam już kwestię holenderską, kiedy to dwa dni po wysłaniu „dowodu życia” do Holandii otrzymałam przesyłkę z urzędu marszałkowskiego z informacją, że znowu muszę podesłać dokumenty dotyczące zatrudnienia oraz zaświadczenia, że nie korzystam z pomocy MOPS-u, a kasy za 1 kwartał 2015 roku jak nie było, tak nie ma (a miała iść, jak każdy zasiłek na dzieci – na wino, ciuchy i nowy rozrząd do auta). Musiałam jeszcze załatwić kwestię rejestracji Hultaja.

Bo wiecie, auto Niemiec sprzedawał. Znaczy auto trafiło do komisu, komis obiecał, że w dwa dni wyrobią wszystkie papiery – akcyzy nie akcyzy, rejestracja, tablice tymczasowe. Takie tam. 1600 zł nas to kosztowało ogólnie + 190 zł raty za OC. Luz blues na biednego nie trafiło, nie? Ma się zasiłek z Holandii… No w każdym razie te dwa dni to zajęły komisowi 7 dni. Spoko. Tam w Chojnicach na bank życie płynie wolniej, poza tym po co mi auto nowe, skoro mam stare Clio, nie?

No i wreszcie Hultaj zagościł w naszych skromnych północno-kaszubskich progach. Ale pół miesiąca minęło i uznałam, że czas najwyższy przerobić mu tablice na nasze. Ponoć markerem zrobić tego nie można. A szkoda. Tablice zdjęłam, dowód rejestracyjny zapakowałam ładnie w papier i kurierem posłaliśmy z dziadkiem w świat… znaczy do Chojnic. Minął jeden dzień…. Drugi… Ja upierdliwa nie jestem, więc czekałam na telefon z urzędu, że auto wyrejestrowane i szlus, można zarejestrować za kolejne 256 zł (złodziejstwo to jest!) tutaj na miejscu.

Nastał czwartek. I nic. Auto stoi bez tablic, Clio w proszku, bo się obraziło, wkurwiło i popsuło, ja zła. O 7:30 uznałam, że se podzwonię. W Chojnicach oczywiście okazało się, że tablic nikt nie widział. Dziadek dowód znalazł, że jak nie widział, skoro widział i że to nawet pani na Z. była. Po 3 kolejnych telefonach tablice się znalazły, a auto zostało wyrejestrowane. A pani twierdziła, że wait for it! dzwonili do mnie, ale telefonu nikt nie odbierał. No złośliwy ten mój telefon jak jasna cholera, bo zwykle dzwonkiem daje znać, że ktoś usiłuje się do mnie dodzwonić, a tu nic…

No w każdym razie był czwartek, dzień przed długim weekendem, godzina 13… Pojechałam radośnie do urzędu, chociaż Marjanna pukała się w czoło, bo ponoć w stolycy, to trzeba wstać o 4 nad ranem i wyrwać numerek, żeby auto zarejestrować. Ale tu Kaszuby są, porządek, każdy ma równe prawa, więc …. zarejestrowałam auto. Po drodze wyskakując do bankomatu, bo oczywiście nie można zapłacić kartą….

Jak widzicie, miałam pełne prawo do zjedzenia kebaba małego, z sosem czosnkowym, bez cebuli, z fetą i czarnymi oliwkami. 10,5 zł.

.

.

.

Jeśli ktoś spyta „Po co ten wpis?”, „Co to ma wspólnego z parentingiem?” odpowiem:

– Gdybym ja miała do dzieci tyle cierpliwości, co do polskiej biurokracji, to nie musiałyby w przyszłości korzystać z psychiatry.


6 thoughts on “Sprawy trudne z urzędu”