W oczekiwaniu… na kuratora sądowego

W oczekiwaniu… na kuratora sądowego

Otóż. Szuka mnie kurator po mieście. Oczywiście w pozwie rozwodowym stało jak byk, że mieszkam pod innym adresem niż adres zameldowania. Ale nic to, kurator poszedł pod zły adres. I zostawił karteczkę. Przynajmniej już wiem, że to pan będzie. Nie wiem czy to dobrze, czy źle. Ale nic to.

A czemu kurator? Czy ktoś doniósł, że moje dziecko musi sobie samo robić kanapki do szkoły? Albo, że dzisiaj miało dziury w skarpetach? I że CD siedziała w sobotę na oblodzonych schodach i pewnie dlatego dzisiaj ma gorączkę?

Nie.

Kurator przyjdzie i sprawdzi jak mieszkam (i zapewne jak wyglądam), żeby się upewnić, że po rozwodzie moim dzieciom nie będzie się działa krzywda. Otóż. Kibel umyty, córki swój pokój mają. Nawet mamy stół w kuchni, kwiatki na parapecie, a ogród ma furtkę i płot. Butelki pod alkoholach nie walają się po podłodze (zawczasu wyniosłam wszystkie do piwnicy). I kit z tym, że od ponad 2 lat tutaj mieszkamy i że zmieniać lokum nie zamierzamy.

A jak za rok, dwa czy trzy ojciec moich dzieci się wypnie i przestanie płacić alimenty, a my będziemy żyć w nędzy… albo mnie coś zeżre od środka, bo na wizytę u lekarza muszę czekać do czerwca, to żaden kurator się pewnie losem mojego potomstwa nie zainteresuje. Głupio mi czasami… Tak niewiele z tego życia w naszym kraju rozumiem.


64 thoughts on “W oczekiwaniu… na kuratora sądowego”