Walencja na weekend, czyli lot za grosze, hotel dla cebuli

To był grudniowy, paskudny dzień, a ja jak zwykle wertowałam na Skyscanner ofertę tanich podróży. Analizowałam kierunki pod kątem covidowych restrykcji oraz godzin lotów i jakby nigdy nic, wyskoczyła mi jakaś tam Walencja. Gdzie to, po co, dlaczego? Tego jeszcze nie wiedziałam, ale cena 59 zł za lot do i drugie tyle za powrót do Gdańska były argumentami „za”. 

Za tym, żeby w środku polskiej zimy wsadzić tyłek w samolot i polecieć na drugą stronę Europy. 

Lot Ryanair w sobotę o 12.55. Powrót z Walencji we wtorek o 14.30. Idealnie! Bez włóczenia się po nocach. Do tego łatwy dojazd z i na lotnisko metrem. Perfekcyjnie! Zarezerwowałam. Oczywiście bagaż podręczny, zero dodatków.

Następnie przyszedł czas na nocleg. Na Bookingu wybrałam bardzo prestiżowe opcje: najtaniej, w centrum. Ze względu na temperatury, które zimą w Hiszpanii spadają w nocy do ok. 2 stopni, zaznaczyłam jeszcze, że hotel ma mieć ogrzewanie. I tak trafiłam na jednogwiazdkowy Hi Valencia Canovas. Rozważałam jeszcze mieszkanie w pokoju u „lokalsów”, ale cena była praktycznie taka sama, natomiast lokalsi nie byli tak elastyczni, gdy chodzi o opłaty. Hotel pobierał ją w momencie meldunku. Lokalsi chcieli od razu i nie było opcji anulacji. A w czasach covidowych lepiej jednak mieć margines błędu… 

Cena za 3 noclegi? 86 euro. 

I tak 15 stycznia 2022 roku odbyłam swoją pierwszą w tym roku podróż. Zaczęłam przygodę na hiszpańskiej ziemi od niespodziewanego testu na Covid. A leciałam na pewniaka, bo przecież świeżutki certyfikat miałam. Dziady jedne! Po oblaniu testu (na badanie czekałam 2 minuty, na wynik 5), udałam się do stacji metra. Nie trzeba nawet opuszczać terminala lotniska, wystarczy zjechać w dół schodami. Można kupić bilet w automacie lub zakupić kartę na kilka przejazdów u miłej pani, która jako jedna z nielicznych rozumiała cokolwiek po angielsku. Z lotniska do centrum miałam aż 3 linie metra i po 20 minutach wysiadłam na stacji Colon. Po kolejnych 5 minutach spaceru byłam w hotelu. 

Przypominam: w hotelu jednogwiazdkowym za 86 euro za 3 noce. 

Oto moja recenzja:

O ile na hotel w Chanii z mojego ostatniego wyjazdu spuściłam zasłonę milczenia i nikomu bym go nie poleciła (pamiętacie jak z kranu nad umywalką woda leciała aż do brodzika prysznicowego???), tak ten w Walencji polecić mogę, ale…

Weźcie pod uwagę, że to jest mega cebulowy wyjazd. Zamiast jechać gdzieś na Mazury, wolałam pospacerować wśród palm. No tak mam. Poza tym wolę latać, niż jeździć autem po polskich drogach. I taki jest ten hotel. W cebulowej cenie. W sumie nie wiem, czemu to się w ogóle nazywa hotelem, ale ma 1 gwiazdkę. To B&B Hi Valencia Cánovas. Całe piętro w kamienicy w centrum miasta. Wchodzi się przez bar tapas , klika kod w bramie, potem wjeżdża na 2 piętro, klika kod w drzwiach. Nie ma nawet recepcji, jest maszyna, w której wybiera się opcje, skanuje dowód, płaci kartą, a ona wypluwa kody do wifi i kartę do pokoju. Łazienki są poza pokojami. Jak ktoś jest przy kasie, to ma własną łazienkę, jak ktoś jest biedakiem, jak ja, to wspólną z innymi. Codziennie ktoś ją czyści, chociaż przydałoby się lekkie odświeżenie, ale grzyba na ścianach nie ma, w fugach też nie widziałam. Nie przykleiłam się też do podłogi. Jest ciepła. W kranie woda gorąca.

Korzystam z pokoju jednoosobowego. Pokazywałam go w relacji. Ładnie pachnie, jest ogrzewany i klimatyzowany, ma duże okno na ulice i sąsiednie kamienice. Na końcu ulicy wchodzi się od razu do ogrodów Turii, a do centrum z katedrą idzie się 10 min. Tyleż samo do metra. Dla mnie miejscówka na 3 noce perfekcyjna.

Ma też spory minus: ściany są jak z dykty, a z baru tapas poniżej hałas tłuczonego szkła i rozmów słychać było… chyba…przez całą noc. Nie jestem pewna, bo po opiniach w necie po prostu wzięłam stopery i spałam z nimi

No, to już wszystko wiecie i już nie musicie pytać w wiadomościach prywatnych. W nich możecie natomiast chwalić moje bardzo profesjonalne, pełne emocji filmiki ze zwiedzania miasta.

Koniec recenzji

Jeszcze tego samego dnia przeszłam się do centrum, zerknęłam na katedrę, zjadłam ciepłe kanapki z garstką chipsów i Radlerem. Za kolację zapłaciłam 3 euro.

Cebularzom polecam więc sieć barów 100 Montaditos, w których każda kanapeczka kosztuje 1 e, tyleż samo napój. Za zestaw sałatka, kanapeczka, kulki serowe z dżemem pomidorowym i Radlera zapłaciłam zawrotne 8 euro.

Następnego dnia postanowiłam zobaczyć Ciudad de las Artes y las Ciencias (pol. Miasteczko Sztuki i Nauki). Kto ciekawy, co to, spokojnie znajdzie informacje w sieci. Polecam Google, tam jest wszystko. 

Ja, kusząc niezdecydowanych, powrzucam jedynie zdjęcia. Na żywo jednak nowoczesne budynki robią jeszcze bardziej oszałamiające wrażenie. Tak niesamowite, że po krótkim wypadzie na miejską plażę, wróciłam w to miejsce, by przejść się jeszcze raz. 

Cały mój spacer to było kilkanaście kilometrów. Większość trasy wiodła przez długi park Turia. Kiedyś było tam koryto rzeki o tej samej nazwie, dzisiaj są palmy, trawniki, ścieżki spacerowe, rowerowe, a nawet osobne dróżki dla biegaczy. I bardzo dobrze, ich trzeba separować od normalnych ludzi 😉 Idzie się przyjemnie, jest też po drodze kafejka z churros i darmowa toaleta. W tej części miasta architektura jest zdecydowanie nowoczesna. 

Plażunia na jeden parawanik:


Drugi dzień to było już zwiedzanie starego miasta i katedry.

Zobaczyłam więc z zewnątrz arenę walk byków (nic ciekawego), kolejowy dworzec północny (warto zajrzeć do środka! Piękne mozaiki), przeszłam się głównymi i bocznymi uliczkami, zachwycając się drzewkami pomarańczowymi. Odwiedziłam… Primarka 😉 

Skoczyłam też do Mercado Central — przepiękny z zewnątrz i ciekawy w środku Targ Główny. Można tam kupić lokalne owoce, warzywa, sery, tradycyjne wędliny, przekąski, oliwki, a także wielkie bagietki z jamon serrano po 2-2,5 euro. Kto ma ochotę, może też nabyć ośmiornicę, ryby i inne owoce morza. Warto wiedzieć, że tuż obok targu jest budka, która otwiera się po południu i serwuje paelle, małe porcje za 4 e, idealne dla jednej osoby. Niestety ja na nią trafiłam, jak już byłam obżarta po korek. 

Katedra w Walencji

Musiałam też zajrzeć do katedry. Wbrew pozorom czasami wchodzę do kościołów i nie krwawię wtedy z oczu ani nie pluję jadem. Muszę mieć jednak konkretny cel. A tutaj celem było zobaczenie świętego Graala. „Kielich Błogosławieństwa” pochodzi z Palestyny, z I wieku p. n.e.  No powiem Wam, że moje kieliszki z Pepco jakieś takie bardziej praktyczne są. Ostatecznie więc to nie kielich wzbudził moje zainteresowanie, ale ręka. Przez chwilę myślałam, że Hiszpanie poświęcili całą kapliczkę swojej szynce, ale nie, to była relikwia. Jakby ją psu rzucić, to pewnie raz-dwa byłoby po niej, więc nic dziwnego, że jest za szybą i za kratami. A może to przez tę biżuterię? 

Ręka należała do św. Wincentego, który jest patronem Portugalii, rolników, producentów wina, plantatorów winorośli, dlatego od razu polubiła go moja koleżanka: pracownica branży rolniczej i fanka maderskich trunków. 

Jeszcze tylko wczłapałam się na wieżę. Po drodze miałam objawy covid-19: nie mogłam oddychać i czułam się osłabiona, ale na górze odzyskałam siły i zrobiłam fotkę. 

Horchata 

Później, jak obiecałam jednej takiej, poszłam spróbować Horchaty Horchaterii Santa Catalina. To napój z ziemnych migdałów. Ponoć dobry na upały. Jak smakował? No jakby ktoś wycisnął mleko z migdałów, dodał soku z ziemniaków i cukier…

Szału nie było, a piłam ją w kultowym miejscu, które produkuje ją od 1909 roku. Dosyć długo, by się nauczyć robić coś naprawdę smacznego… ale kuchnia hiszpańska do moich ulubionych nie należy i należeć nie będzie. No może poza kawą. Kawę robią wszędzie pyszną. I oczywiście churros są poza wszelką kwalifikacją. No i ciastka fartons były przepyszne. No i sangria jest dobra w Hiszpanii. I Tinto de verano. A poza tym to jeść wolę w Grecji. 

Horchata kosztuje 3,5 e, kawa z pysznymi fartons 4,5 e. Kawa z mlekiem w zwykłej kawiarni ok. 1,8 e. 

Ostatniego dnia już tak po prostu szwendałam się po mieście, robiłam ostatnie zdjęcia, kupiłam bagietki z serrano i o 12.00 trafiłam do metra, by dojechać na lotnisko.

I tak zakończyła się moja krótka, acz intensywna przygoda z Walencją. Przede mną teraz nudny luty, marzec, kwiecień i maj, a w czerwcu… a jakże! Grecja <3

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.