Zrzuciłam skórę

Rozmawiałam dzisiaj z bardzo starym znajomym. On nie tylko jest znajomym, którego znam od dawna, ale ogólnie jest stary, dlatego to stary znajomy. I on czyta moje blogi od 20 lat prawie i część wpisów sobie zapisał i schował do archiwum. Wyobrażacie sobie? Mam własnego Galla nieAnonima. Poniższy tekst pochodzi z 2007 roku 🙂
________________

Ponieważ przyjmowanie tabletek hormonalnych wpłynęło na mnie negatywnie, postanowiłam coś ze sobą zrobić i wybrałam się do centrum zdrowia i urody. Babka mnie obejrzała i stwierdziła, że trzeba mi na gębie zrobić peeling kawitacyjny. Tani, bezbolesny sposób na zwężenie porów i rozjaśnienie cery. Cóż, zabrzmiało wybornie i o wiele lepiej niż „oczyszczanie skóry”, przy którym się drę i spinam jak … (kurcze, nie mam porównania żadnego). Napięta jestem jak kij od miotły. (Może być?)

Sam zabieg jednak wcale nie okazał się przyjemny. Najpierw baba posuwała mi po skórze jakąś metalową szpatułkę, a potem nałożyła coś, co mi wyżarło twarz. Jak na filmach niszczy szpiegom linie papilarne. Cudownie po prostu. Ale czego się nie robi dla zwężonych porów, prawda? Zwężone gwarantują sukces życiowy i pełnię szczęścia.

Wieczorem z twarzy zeszła mi skóra, łącznie z moich głupim uśmieszkiem. Czerwona plama w lustrze mówiła mi, że nie będzie dobrze… Ale jak to się mówi, czasami warto się przespać z problemem i postanowiłam się martwić z rana. Jak postanowiłam, tak zrobiłam, ale rano, po spojrzeniu w lustro, chciałam się utopić w sedesie. Pory były absolutnie niewidoczne, gdyż przykrywały je strupki i brązowe plamki. Cudo, mówię Wam! Dobrze, że męża nie ma, bo z miejsca by mnie oddał do cyrku. Przynajmniej byłby ze mnie jakiś pożytek.

Przeczekałam dwa dni. Wykupiłam w aptece maści na blizny/ rany/ egzemy/ ptasią grypę i wszystko, co się dało, jednak ostatecznie nie wytrzymałam i za namową kolegi — znawcy zabiegów kosmetycznych — zadzwoniłam do baby, żeby ją zjechać z góry na dół, postraszyć policją, czarną wołgą i koleżanką z miejscowego dziennika. Kazała przyjechać.

Bączek (miałam wtedy cinquecento!) pędził jak wiatr, a ja w środku. Wleciałam do gabinetu, uwaliłam się na leżance, a babka do mnie „Pięknie się cera rozjaśniła! Ślicznie pory ściągnęły. Bajka po prostu!!!” A ja na to „No dobra, między strupkami i plamami to i się może bajecznie wygładziła, ale co z resztą?” No i nie ma lekko, baba się musiała przyznać, że niepotrzebnie nałożyła mi jakiś kwas i mnie ździebko przysmażyło. Kurcze, wiedziałam, że coś jest nie tak!!!

Już za darmo zaczęła mi nakładać jakieś odżywcze papki, naświetlać  laserem, tłumaczyć, że jestem wyjątkowym egzemplarzem, który okazał się przewrażliwiony i że będzie OK.

Przetrwałam kolejną noc. Idealnie nie jest. Brązowe plamki zamieniły się w różowe i nadal mam szanse zrobić karierę w cyrku, jednak zdecydowanie w przypadku twarzy wolę kolor różowy od brązowego.

Następny zabieg w poniedziałek. Już się nie mogę doczekać. Warto się czasami, dla poprawy nastroju, wybrać do kosmetyczki…..

2 odpowiedzi na “Zrzuciłam skórę”

  1. Bokasia pisze:

    Wołami mnie zaciągną do kosmetyczki 🙂

  2. Bokasia pisze:

    Miało być NIE zaciągną mnie do kosmetyczki. Żadną siłą, nawet pod groźbą 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.