To był bardzo miły poranek

To był bardzo miły poranek

O 6.40 zadzwonił budzik. Obróciłam się w łóżku. Pustym, szerokim, takim jak lubię, bez Córki Drugiej, która zwykle przychodzi nad ranem, wierci się, kręci, wpycha. Byłam więc całkiem wyspana, jak na tę parszywą porę.

Dzieci wstały bez marudzenia. Nie wrzeszczały, że sukienka brzydka, rajstopy nie wchodzą na nogi, a majtki się zgubiły. Bo tak mają w zwyczaju. Śniadanie im bardzo smakowało, zjadły do ostatniego okruszka, samodzielnie się uczesały, spakowały drugie śniadanie. Ubrały się sprawnie, wyszły z domu i obiecały, że nie będą szaleć. Wszystko szło gładko, była 7.22, miałam więc jeszcze zapas czasu i nie groziło nam żadne spóźnienie.

Dopiłam więc kawę, umyłam zęby, maznęłam policzki różem, usta błyszczykiem, psiknęłam się moim ukochanym zapachem, przyodziałam kurtkę i buty, nic poza tym, bo na zewnątrz ciepło i wyszłam.

A na podwórku… roztopy. Śnieg, który jeszcze dwa dni temu leżał na podjeździe teraz zamienił się w warstwę lodu i wielkie kałuże. Idąc delikatnie otworzyłam bramę i trzymając się płotu przeszłam w kierunku samochodu. Dzieci stały już przy drzwiach i czekały aż im otworzę.

– Ale ślisko. Trzeba uważać, żeby tyłkiem nie wpaść w kałużę – powiedziałam.

– Ja już wpadłam – Córka Druga zrobiła oczy kota ze Shreka…

– Jak? Gdzie? Co masz mokre?

– Wszystko…..


36 thoughts on “To był bardzo miły poranek”